sobota, 26 listopada 2016

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

     – Nie chcesz mnie zabić? – Andy uniósł brew, trochę podejrzliwy.
     Parsknęłam.
   – Jasne, przyszłam tu po to, by cię zabić. Mam nawet nóż schowany pod bluzką. – Przewróciłam oczami.
     – Okej, nie musisz być taka sarkastyczna.
     – Ależ to cała ja.
     Chłopak uśmiechnął się lekko, a ja westchnęłam.
  – Co się stało, Andy? – Wreszcie. Wreszcie zapytałam. Oby ta odpowiedź mnie nie wkurwiła… Oby… tak długo wytrzymywałam w spokoju, nie chcę tego niszczyć.
     Mój przyjaciel (mam nadzieję) zaczął opowieść. O tym, jak przypadkowo natknął się na tę dziewczynę, kiedy rysował w parku bawiące się dzieci na placu zabaw. O tym, jak zaczęło między nimi iskrzyć. O tym, jak się zwyczajnie zakochał i stracił głowę.
     – Chciałem zrobić dla niej wszystko – wykrztusił. – Więc wyrzekłem się przyjaźni z tobą.
     Kiwnęłam lekko głową, z trudem przełykając ślinę. Kontynuował wyjaśnienia. Spędził z tą dziewczyną cudowne chwile, ale kiedy powiedział jej, że będzie się starał zawalczyć o naszą przyjaźń, ona kazała mu wybierać.
     Więc wybrał.
     Zerwał z nią.
     Pewnie miał złamane serce…
     Bez ostrzeżenia złapałam go za rękę i pociągnęłam go na kanapę. Przytuliłam się do niego mocno.
     – Jestem za tym, żeby o tym zapomnieć – wyszeptałam, ściskając chłopaka. Oddał uścisk.
     – Naprawdę się w niej zakochałem. – Głos mu się złamał.
     – Kurwa, tylko nie rycz – jęknęłam. – Bo ja też zacznę…
     Odsunął się lekko ode mnie.
     – Ty przecież nie płaczesz.
     – Andy… u mnie też się trochę pozmieniało w te wakacje.
     – Mogę… muszę cię o coś zapytać. Co to był za chłopak, tam, wtedy?
     Westchnęłam i odwróciłam się plecami do przyjaciela.
     – Sam…?
     – Nie tylko ty w te wakacje się zakochałeś.
     Nic nie mówił. Kiedy cisza się przeciągała, odwróciłam się i natrafiłam wzrokiem na osłupiały wyraz twarzy Andy’ego.
     – No to świat zwariował.
     Próbowałam się uśmiechnąć, ale chyba nie wyszło.
     Trochę mu opowiedziałam, ale nie wszystko. Nie chciałam się za bardzo wgłębiać w tę historię, gdyż to bolałoby bardziej. Powiedziałam mu o tym, jak bardzo go nie lubiłam. O tym cholernym porwaniu. O… drodze powrotnej. Ten fragment skróciłam najbardziej, jak mogłam. I wreszcie o jego wyjeździe.
     Rozmawialiśmy. Sporo. Zeszliśmy już z tematu miłości (ja pierdolę, nie wierzę, że to pomyślałam), ale miło mi się słuchało o innych przygodach Andy’ego.
     Dobrze było go wysłuchać.
     Dobrze było odzyskać przyjaciela.
***
     Do domu wróciłam późnym wieczorem, zmęczona na maksa. Marzyłam o prysznicu i o łóżku. Fajnie, że zatrzymano mnie, zanim dotarłam do schodów.
     – Phoebe. – To Martina. O nieee. Nie chciałam się użerać.
     – Słuchaj, nie chce mi się z tobą rozmawiać. – Odwróciłam się do niej, stała w salonie.
     – Wiem, że mnie nie lubisz, ale chodzi o twojego ojca.
     Uniosłam brwi. Kobieta podała mi jakąś kartkę, a ja ze zwątpieniem zerknęłam na nią. Zaraz jednak wpatrzyłam się w nią bardziej. To wyniki badań. Mojego taty. Skupiłam się, wgryzłam się w to.
     O nie.
     Mój tata miał raka.
     Spojrzałam na Martinę w przerażeniem w oczach.
   – Nie chciał ci o tym mówić, ale uważam, że powinnaś wiedzieć – wymamrotała. – Nie powinien zbytnio się denerwować, a wiesz, jak jest…
     Kiwnęłam głową. Byłam wstrząśnięta. KURWA. To za dużo, to za dużo… Dlaczego to wszystko musi się dziać w tak krótkim odstępie czasowym?
     – Dzięki, że mi o tym powiedziałaś… – wymamrotałam, oddając jej tę kartkę niemal ze wstrętem.
     Z trudem przełknęłam ślinę. Odwróciłam się i pobiegłam do swojego pokoju.
     Boże.
     Rak.
    Zsunęłam się po ścianie i przyciągnęłam kolana do piersi. Potem zaczęłam płakać. Tak zwyczajnie. Wsunęłam dłonie we włosy i zaczęłam się zastanawiać, co się porobiło z moim życiem w ciągu raptem dwóch marnych miesięcy. Może nie byłam szczęśliwa przedtem, ale przyzwyczaiłam się do wściekłości. Do bycia wredną. A kiedy myślałam, że może być dobrze, wszystko się spieprzyło. Najpierw pierdolony Malik. Teraz ojciec… Gdybym była optymistką, pomyślałabym: ale odzyskałam Andy’ego. To zawsze coś.
     Zgadnijcie.
     Nie byłam optymistką.
***
     Rankiem niechcący zrobiłam awanturę o zatajenie przede mną tak ważnej informacji. Okazało się, że tata wiedział o swojej chorobie od dwóch m i e s i ę c y. Dwóch pieprzonych miesięcy! Jego choroba postępowała szybko, to rak płuc… tata nie palił od jakiegoś czasu, ale przez kilkanaście lat był nałogowym palaczem. Teraz się stało. Leczenie jest kosztowne, ale co to dla nas?
     Byłam zgryźliwa. Po co nam pieniądze, skoro tata miał coraz mniej czasu? Lekarze nie dawali mu nawet roku!
     Przez cały dzień nie mogłam wyrzucić tego z głowy. Jak można wyrzucić coś takiego z głowy? Z tatą różnie się nam układało, ale to mój tata, do cholery. Mamę już straciłam. Dlaczego los chciał mi odebrać ojca?
     Rysowałam. Ukryłam się w piwnicy, ale tata mnie znalazł. Usiadł obok mnie i milczał. Też nic nie mówiłam.
     – Mam dla ciebie propozycję – zaczął po jakimś czasie, a ja prawie się przestraszyłam. Zapomniałam już, że tu jest. – Zaczynasz ostatni rok liceum.
     Kiwnęłam głową, powstrzymując grymas. Odkrywcze to to nie było.
     – Ja… chciałabym, żebyś przejęła po mnie firmę.
     Serce podeszło mi do gardła.
     – Nie… nie rozmawiajmy o tym.
     Tata miał ton głosu człowieka, który wiedział, że wkrótce umrze i chce załatwić ostatnie sprawy.
     Złapał mnie za rękę.
    – Proszę. To ważne. Jeśli nie przejmiesz firmy, dostanie się w ręce Martiny i Ryana. Dostaniesz jakiś spadek… ale nie będziesz zarabiać.
   – Nie umiem. – Pokręciłam głową. – Nie nadaję się na to. Jestem artystką. Nie bizneswoman w garsonce i szarej spódniczce z uczesanymi włosami.
     – Moja praca to nie tylko praca za biurkiem. Masz charakter, Phoebe. Ludzie będą się ciebie słuchać.
     – Ale ta papierkowa robota…
  – To jest do wyuczenia. Najważniejsze jest to, że dasz sobie radę w terenie – na spotkaniach, konferencjach. Tylko musisz się trochę podszkolić.
     – Co to znaczy?
     – Jest takie dwutygodniowe szkolenie w Londynie. Już cię na nie zapisałem. Opuścisz ten okres w szkole i pojedziesz do Londynu.
     Do Londynu… czyżby zrządzenie losu? Chce, żebym się tam znalazła i wreszcie skopała Panterę?
     Szkolenie…
     Cóż, mogę spróbować.
   To też powiedziałam tacie, którego oczy zabłyszczały, gdy usłyszał moją odpowiedź. Uśmiechnęłam się. Było warto odpowiedzieć twierdząco.
***
    Wszystko działo się błyskawicznie. Spakowana walizka, parę instrukcji od taty. Ledwo zdążyłam znaleźć czas na pożegnanie się z Andy’m i w dwa dni po tamtej rozmowie, leciałam do Londynu.
     Wzięłam drżący oddech. Cholera. Leciałam do Londynu!
     Razem z Martiną poszłyśmy na zakupy przed moim wyjazdem (naprawdę nie wiem, jak to wyszło), gdyż potrzebowałam jakichś oficjalnych ubrań. Moje się do tego nie nadawały…
     Nie wiedziałam, że bycie bizneswoman może być seksowne. A jednak. Na to właśnie postawiłam przy doborze garderoby. Sukienki, spódniczki, koszule. Wszystko opinało moje ciało w wręcz doskonały sposób i o dziwo wyśmienicie czułam się w tych ubraniach. Co prawda, tata coś tam marudził, ale zaraz się zamknął, kiedy posłałam mu groźne spojrzenie. Skoro mam być szefową wielkiej firmy, to będę gorącą szefową wielkiej firmy.
     W samolocie obmyślałam plan znalezienia Malika. Jednak od początku sprawa wydawała się przesądzona, ale skoro miałam być bizneswoman, to nie będę się poddawać. Dopnę swego. Nie miałam tylko pojęcia, od czego zacząć poszukiwania…
     Wylądowałam, trafiłam do odpowiedniego hotelu, w którym tata zarezerwował mi pokój i poszłam na pierwsze spotkanie, ubierając czarną krótką spódniczkę i białą koszulę uwydatniającą moje piersi. Prawie się spóźniłam. Prawie. Oczywiście zwróciłam uwagę wszystkich, ale to akurat mi odpowiadało. Uśmiechnęłam się dumnie i zajęłam jakieś miejsce. Większość osób tu przebywających była starsza ode mnie i obejmowała głównie mężczyzn.
     Po pierwszym spotkaniu zostałam spytana o wiek.
     Chyba nie uwierzyli, gdy powiedziałam, że mam siedemnaście lat.
     Minęło parę dni, nawet wciągnęłam się w to szkolenie. W mojej grupie było kilka suk, ale całe szczęście, że ja byłam tą najgorszą. Z mężczyznami najlepiej mi się negocjowało, rozpraszał ich mój widok. To zawsze jakaś strategia.
     Szukałam też Pantery. Przechadzałam się w wolnym czasie do tych biedniejszych dzielnic, gdzie była duża możliwość, że panoszyły się gangi, ale oczywiście nikt mi nic nie powiedział. A byłam cholernie pewna, że ktoś coś wiedział na pewno. Ugh. Pieprzona lojalność. Albo strach.
    Mniej więcej w połowie mojego pobytu traciłam zapał do tych poszukiwań, przez co opanowała mnie frustracja. Miałam na sobie ubraną akurat moją najlepszą sukienkę – krótką, czarną, z rękawami do łokci. Późno skończyliśmy i nie chciało mi się wracać do hotelu, więc od razu wybrałam się do tych gorszych dzielnic. Wiem. Bardzo mądrze.
     I to się stało zupełnie przypadkiem. Byłam jakoś na granicy dzielnic, stał tam bar, przez szybę można było zobaczyć wnętrze.
     Więc zobaczyłam to wnętrze.
     I zobaczyłam jego.
     Przez moment nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
     Ja pierdolę. To naprawdę był on. Grał w bilard, z papierosem w ustach, kleiła się do niego jakaś blondynka.
     Podwinęłabym rękawy, gdybym jakieś miała. Zawrzało we mnie i niezbyt przemyślając, co robię, wkroczyłam do środka. Pełno tu było dymu papierosowego, śmierdziało potem i piwem oraz była tu stanowczo zbyt duża przewaga liczebna mężczyzn nad kobietami.
     Usłyszałam parę gwizdów. Z tym strojem nie pasowałam tu jak cholera, ale kto by się przejmował? No na pewno nie ja.
     Stukając szpilkami (zapomniałam o tym wspomnieć! Nosiłam też szpilki. Nadawały mi więcej seksowności, zdecydowanie), kierowałam się w stronę stołu bilardowego. Jakiemuś nieznajomemu mi koleżce Malika wypadł papieros z ust na mój widok. Zayn podniósł wzrok w ostatniej chwili i już nic nie mógł zrobić. Zauważyłam rozszerzające się źrenice, kiedy popchnęłam go na stojącą w pobliżu ścianę. Z całych sił. Z ręki wypadł mu papieros. A potem mu przyłożyłam. Dłoń zapiekła mnie jak cholera, ale wiedziałam, że jego boli bardziej.
     – Jesteś pierdolonym skurwysynem! – wrzasnęłam, ściągnęłam nawet jedną szpilkę i chciałam mu ją wbić… gdziekolwiek, ale przytrzymał moją rękę.
     Wokół nas słyszałam krzyki i śmiechy.
     – Kurwa – wykrztusił. – Przestań.
     – Oddawaj mi to, co zabrałeś! – krzyknęłam znów, próbując wyrwać rękę.
     – Chryste… – wymamrotał, szamocząc się ze mną.
     Wreszcie mnie puścił, a ja cofnęłam się parę kroków. Założyłam buta z powrotem. Malik zlustrował mnie wzrokiem, a jego oczy się zaświeciły. Uśmiechnęłam się lekko. O tak. Na Panterę też to działa.
     – Wyglądasz… inaczej.
     – Ty za to wyglądasz tak samo – warknęłam.
     I to była prawda. Nic się nie zmienił.
     Uniósł brwi.
     Podniosłam ręką, uciszając wszystko, co chciał właśnie powiedzieć.
    – Wiesz, po co tu jestem. Tylko mi to oddaj i nigdy więcej się nie zobaczymy. Na całe, kurwa, szczęście.
     Przyjrzał mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a ja ze wszystkich sił starałam się nie pokazać, jak bardzo jego widok poruszył moje serce, jak bardzo ten cały ból rozlał się po całym moim wnętrzu, jak bardzo jestem w nim zakochana.
     Malik chwycił kurtkę i wskazał ręką w kierunku drzwi.
     – W takim razie chodź – oznajmił.
     Więc poszłam. Wiedziałam, że gapił się na mój tyłek, ale to dobrze. Nigdy więcej go nie dostanie.
     Po drodze wszyscy się na mnie patrzyli i jakiś koleś ryknął: „Ostra z ciebie laska”, a drugi „Jestem gotowy sprawdzić, czy jesteś też taka w łóżku”. Ja pierdolę. Napaleni zboczeńcy.
   Wyszliśmy z ciemnowłosym na zewnątrz i zadrżałam, gdy zawiał wiatr. Do tego się ściemniało.
     Malik skręcił w prawo.
     – Chodź. To niedaleko.
     Podążyłam za nim w ciszy, chociaż mnie roznosiło. Chciałam go zapytać o wszystko, ale milczałam. Nie chciałam pokazać mu moich uczuć. Już nie. Naprawdę nie powinnam mu ufać. W żadnej kwestii.
     Stanęliśmy przed jakąś kamienicą i weszliśmy do środka. Trochę w górę, po schodach, aż znaleźliśmy się przed brzydkimi, drewnianymi drzwiami. Chłopak wyjął klucze i otworzył drzwi. Gestem zaprosił mnie do środka. To więc zrobiłam. Mieszkanie było raczej małe i zagracone.
     – Wybacz ten bałagan.
     Brzmiał na zawstydzonego, aż się obróciłam, by to zobaczyć; pocierał ręką kark, wpatrując się we mnie intensywnie.
    – Nie przedłużajmy – odparłam ostro. – Wiesz, po co tu przyszłam. Daj mi to i już mnie nie ma.
     Pantera się skrzywił i przez chwilę wyglądał tak, jakby analizował, czy ma mnie posłuchać. W końcu jednak minął mnie i wszedł do jakiegoś pomieszczenia. Przeszłam do mini saloniku i w znudzeniu rozglądałam się dokoła. Wrócił po chwili z moim notesem. Zagotowało się we mnie na sam ten widok.
     – Skąd wiedziałeś, co? – syknęłam, wyrywając mu swoją własność.  
     Kiedy nie odpowiadał, wrzasnęłam:
     – Mów!
     Skrzywił się znowu, a jego oczy pociemniały. Oho. Wzbudzałam w nim wściekłość. No i dobrze. Ja z jego powodu też była wkurwiona.
     – Przeszukałem raz twój pokój, okej?
     – Okej?! To nie jest, kurwa, okej! Jesteś psycholem!
     – I kto to mówi – powiedział sarkastycznie. – Też raz grzebałaś mi w szafach.
     – Ale ja niczego nie ukradłam!
     – Ja też już nie.
     Prychnęłam i pokręciłam głową. W gardle miałam gulę, która coraz bardziej rosła. Kurwa. Jeszcze się rozryczę zaraz, to by było.
     Odwróciłam się z zamiarem odejścia, ale postanowiłam się jeszcze odezwać.
     – Jesteś skończonym idiotą.
     I nie powinnam tego mówić. Z racji tego, że gdzieś w połowie załamał mi się głos, uciekłam. Nie chciałam się przed nim obnażać, a prawie to zrobiłam. Biegłam, ile sił w nogach, ale w tych cholernych butach było ciężko. Wybiegłam na zewnątrz i uciekałam, ocierając wierzchem dłoni parę łez, którym udało się wymknąć.
     No i mam to, po co przyszłam.
     A czułam się jeszcze bardziej beznadziejnie.
    Nie zdążyłam oddalić się zbyt daleko, kiedy ktoś złapał mnie za ramię i odwróciłam w swoją stronę. Zdążyłam zarejestrować, że to rzeczywiście Malik, kiedy jego usta natarły na moje. W pierwszej chwili poczułam się tak dobrze, że prawie odwzajemniłam pocałunek. Ale zaraz potem oprzytomniałam, odepchnęłam go i spoliczkowałam.
     – Jak śmiesz…! Jak ty, kurwa, śmiesz, tak po prostu mnie całować! Nie masz już do tego żadnego pierdolonego prawa!
     – Przepraszam, że zostawiłem cię bez słowa – wyznał niemal rozpaczliwie.
     – Dlaczego?! Dlaczego nie powiedziałeś nawet słowa? – Uderzyłam go w klatkę piersiową. – Boże… ty nie masz pojęcia… Po prostu powiedz mi dlaczego!
     – Nie czytałaś listu?
     Zamarłam.
     – Listu? – prychnęłam. – Masz na myśli tę żałosną notatkę do rysunku, który mi łaskawie zostawiłeś? 
     – Zostawiłem dla ciebie list. Położyłem go na łóżku u ciebie w pokoju.
     Zdumiałam się i pokręciłam głową.
     – Nie było tam żadnego…
     Jego oczy pociemniały.
     – Ktoś go zabrał – warknął. – Założę się, że to Styles. – Jego rysy trochę zmiękły, kiedy spojrzał na mnie. – Napisałem ci tam, że to wyskoczyło nagle. Sprawy w gangu. Nie obudziłem cię, ponieważ… sądziłem, że tak będzie lepiej. Ominęliśmy ból rozstania.
      – Taaa, ja raczej dostałam ból z powodu zostawienia mnie bez pożegnania.
     – Nie… nie o to mi chodziło.
     – No widzisz.
   – Phoebe… – Przeszły mnie ciarki, kiedy wypowiedział moje imię. – Napisałem tam jeszcze, że ci dziękuję. Bo ten czas, który mi poświęciłaś, to było najlepsze, co mnie w życiu spotkało.
     Ooooch. Kurwa.
     Nie wiem, czy mówił prawdę. Mnie jednak przekonał. Może do mojej długiej listy wad powinnam dopisać naiwność, ale w dupie z tym.
     Przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam. Wplątałam mu dłonie we włosy, tak bardzo tęskniłam za ich miękkością… tak bardzo tęskniłam za jego ustami, jednocześnie delikatnymi i ostrymi. Malik przycisnął mnie do siebie, kładąc swoje dłonie na moich plecach.
     – Wyglądasz zabójczo w tej sukience – wychrypiał w moje usta i zaraz znowu mnie pocałował.
     Nie wiem, ile tak staliśmy na środku ulicy, w uścisku, całując się. Nie chciałam przestawać i Malik chyba też nie. Wkrótce jednak odsunęłam się od niego i uśmiechnęłam się zadowolona na widok jego spuchniętych ust.
     – Dobrze, że nie straciłeś umiejętności całowania – wygłosiłam.
     – Nigdy.
     – Jaka to by była strata…
     – Dla ciebie na pewno.
     Uśmiechnęłam się. Chłopak patrzył na mnie błyszczącymi oczami, złapał mnie za rękę i zaczął gdzieś ciągnąć.
     – Wiem, gdzie możemy pójść – powiedział przy tym.
     Podążałam za nim posłusznie. Moje serce radowało się, mając go z powrotem, ale jeszcze do końca nie przemyślałam konsekwencji tej sytuacji. Wyjdzie w praniu. Niestety.
   Poszliśmy nad Tamizę. Siedzieliśmy na trawie i po prostu przebywaliśmy w swojej obecności. Prawie przez cały czas nie odzywaliśmy się do siebie, ale nie wydawało mi się to wymuszone. Byłam, kurwa, szczęśliwa, że mogę po prostu przebywać w jego towarzystwie.
     Ludzie nie powinni się zakochiwać. Stanowczo nie. Tym bardziej, gdy nie wiesz, czy to jest odwzajemnione uczucie.
     Po jakimś czasie powiedziałam, że muszę wracać. Rano trzeba wcześnie wstać… Nie chciałam, by Malik mnie odprowadzał, więc nie zrobił tego. Ale kiedy zapytał, jak długo zostaję, powiedziałam mu prawdę. I ucieszyło mnie to, że wydawał się być załamany tym faktem.
***
     Spotkaliśmy się też następnego dnia, ale dopiero późnym wieczorem i Pantera był pijany. Pokłóciliśmy się znowu o ten jego wyjazd, o mój przyjazd tutaj i o to, że się zmieniłam. Chyba to ostatnie tak mnie wkurwiło. Oczywiście uderzyłam Malika i powiedziałam mu dużo niemiłych słów. To, że zmieniłam styl ubioru, nie musi oznaczać, że zmienił się też mój charakter. Może trochę spokorniałam, ale nie jestem taka pewna, czy to zła rzecz.
     Potem nie widzieliśmy się w ogóle. Czas uciekał, ale jak wiecie, mam swoją dumę i nie mogłam iść pogodzić się z Malikiem. Moje głupie serce już cierpiało na samą myśl, że muszę lecieć na inny kontynent, ale tak trzeba. Phoebe Chamberlain ma zamiar cholerny jeden, jedyny raz posłuchać rozumu.
     Ostatniego dnia, kiedy następnego ranka czekał mnie samolot do Nowego Yorku, poszłam w to miejsce przy Tamizie.
     I on też się tam pojawił.
     Nic nie powiedział, tylko usiadł przy mnie, pocałował i tym jednym gestem przekazał mi wszystkie uczucia. Przeszło mi przez myśl, żeby pójść do mnie albo do niego i dokończyć sprawy, a nawet, żeby dokończyć je tutaj, ale potem zacisnęłam oczy i powiedziałam sobie wielkie, potężne NIE. To by było chyba samobójstwo.
    – Jutro wyjeżdżam – wyszeptałam, kładąc się na trawie. Nie miałam już na sobie sukienki, tylko jeansy i bluzę. Wygodnie mi było i w tym, i w tym.
     Pantera położył się przy mnie.
     – Wiem.
     – Co z nami będzie?
     Wyczułam, że wzruszył ramionami.
     – Nic.
     Zaśmiałam się gorzko, po czym podparłam się na łokciu i spojrzałam na niego.
     – Powiesz mi coś szczerze? – Nie zrobił żadnego gestu, więc kontynuowałam. – Czy ty coś do mnie czujesz?
     Parsknął.
     – Wiesz, że ja nie mam uczuć.
   – Przestań pierdolić. Te bzdury o uczuciach i ‘nie zakochiwaniu się’ już do mnie nie trafiają.
     – Chwila, Phoebe… a czy ty coś do mnie czujesz?
     Milczałam przez równe 5 sekund. Wiem, bo liczyłam.
     – Tak.
     I po prostu.
    – Jesteś skurwielem, Zayn – mówiłam miękko. – Wiedziałeś już w LA, że się w tobie zakochałam i nie zaprzeczaj. Wiem, że wiedziałeś. Uciekłeś, bo się przestraszyłeś, prawda?
     – Wyjechałem, bo wyszła sprawa z gangu–
     – To ci było na rękę – warknęłam. – Gdyby nie to, to jestem pewna, że też byś uciekł.
     – Nie uciekam przed niczym.
     – Uciekasz. Jesteś tchórzem, bo nawet teraz nie masz odwagi, żeby przyznać, co czujesz, kiedy ja to powiedziałam.
     Wiedział, że go podpuszczam, ale dał się złapać.
   – Więc chcesz to usłyszeć? – Nie miał zbyt przyjemnego głosu. Wstał i przeczesał ręką włosy. Stanął do mnie tyłem, a ja usiadłam, a po chwili też wstałam. – Tak, kurwa, zakochałem się w tobie! Jasne?! I co z tego? Jesteś pieprzoną córką milionera, niedługo przejmiesz firmę po ojcu, a ja robię za gangstera!
     – Mój ojciec niedługo umrze, cholerny idioto! Chciał, żebym zajęła jego miejsce, nie mogłam mu odmówić!
     Widziałam, że zapalił papierosa, ale wciąż stał do mnie tyłem, a ja nie wykazałam inicjatywy, by to zmienić.
     – To między nami nie wypali. Nigdy. Możemy mieć podobne charaktery, ale istnieją inne różnice, które nigdy nas nie połączą.
     Wreszcie się wkurzyłam. Wściekłym krokiem ominęłam go i stanęłam dokładnie przed nim.
     – Więc odejdź z gangu! Zostań kimś w tym cholernym życiu!
     Zaśmiał się.
     – Żeby móc być z tobą?
     Przygryzłam wargę.
     – Okłamałam cię – powiedziałam zamiast odpowiedzi, a jego brwi się uniosły. – Nie tylko kłamstwo ojca mnie zmieniło. Mam przyjaciela, Andy’ego, co zresztą wiesz. Ale nie wiesz, że parę lat temu zabiłam mu brata.
     Jego mina zmieniła się, z niewzruszonej w zmieszaną, niedowierzającą.
    – Byliśmy głupimi nastolatkami, a ja tak nie cierpiałam braci Dewey’ów… Byliśmy w porcie, strasznie padało, a burza wisiała w powietrzu. Podpuściłam Cody’ego, starszego brata Andy’ego, że nie odważy się w taką pogodę wypłynąć drewnianą łódeczką do tzw. wyspy, która znajdowała się jakieś sto metrów od brzegu. Ale on to zrobił. Kiedy był w połowie drogi, burza rozszalała się na dobre, przyszedł sztorm i fala zatopiła jego łódkę. Czekaliśmy, aż się wynurzy, ale nie zrobił tego. Wskoczyłam za nim, chociaż Andy próbował mnie powstrzymać i dopłynęłam do miejsca, gdzie zniknął. Byłam doskonałą pływaczką, uwielbiałam wodę i wygrywałam prawie każde zawody. A potem go znalazłam. Był nieprzytomny. Złapałam go i płynęłam z nim do brzegu, a później, w szpitalu, przypadkowo dowiedziałam się, że on już nie żył w momencie, w którym do niego przypłynęłam. Na brzegu była już policja, karetka… Wszyscy mi powtarzali, że to nie moja wina, ale ja wiedziałam swoje. Zaczęłam odwiedzać Andy’ego, bo miałam wyrzuty sumienia, a on oczywiście początkowo nie chciał mnie widzieć, ale później… on mi wybaczył i się zaprzyjaźniliśmy. Zastąpiłam mu brata, którego zabiłam. Nie da się z czymś takim żyć, Zayn. Tamto wydarzenie wpłynęło na mnie nieodwołalnie, aż pojawiłeś się ty… nasz dzień normalności uświadomił mi, że nie muszę taka być. Potem Nicole mnie w tym utwierdziła, a potem tata… Teraz jest mi tylko przykro, że dla ciebie ten dzień nic nie znaczył.
     Odwróciłam się z zamiarem odejścia, ale przypomniało mi się, że mam w torebce rysunek przedstawiający jego sylwetkę. Wyjęłam go i wcisnęłam mu w ręce.
     – Masz. Niech to będzie twoją pamiątką po jakiejś tam Phoebe, w której wydawało ci się, że się zakochałeś.
     Celowo powiedziałam, że mu się wydawało. Bo dla miłości jesteś w stanie poświęcić wszystko. A skoro on tego nie robił, ani nie czuł takiej potrzeby, to mnie tak naprawdę nie kochał.
   Następnego dnia samolot wystartował bez problemów, a ja pogrzebałam nadzieję na miłość swojego życia. 
_______________________________

Och, ludzie... Wiem, że zawaliłam i to po całej linii :|
W każdym razie nastały sobie maturki próbne i znalazłam czas, by nabazgrać dla Was ten rozdział... nie jestem z niego zadowolona, przepraszam za niego, chyba straciłam serce dla tego opowiadania... 
Chciałabym BARDZO PODZIĘKOWAĆ LoVINg_BrAcEs oraz Anonimom za te komentarze, niesamowicie mnie zmotywowały! Dziękuję, dziękuję, dziękuję <3 Gdyby nie Wy, to ten rozdział pewnie by nie powstał :P 
I wiem, że mówiłam, że będą jeszcze dwa rozdziały, ale plany się pozmieniały, TO JEST OSTATNI ROZDZIAŁ. Napiszę jeszcze tylko epilog i pożegnam się na zawsze z Cheeky... 

DO JAK NAJSZYBSZEGO NAPISANIA, MAM NADZIEJĘ, ŻE KTOŚ TU ZOSTAŁ :( :(
Meredith xx

4 komentarze:

  1. Jejku tak się cieszę, że udało nam się Ciebie zmotywować! 😊 Rodział bardzo fajny i dłuuuugi, nie masz co gadąć, że Ci nie wyszedł 😉 Cieszę się cholernie, że Phoebe się otworzyła i dojrzała nie zmieniając przy tym swojego charakterku i byłam mega zdziwiona, że powiedziała o uczuciach Zayn'owi. Co do niego to mam sprzeczne uczucia, nie wygląda jakby cierpiał - przynajmniej nie tak jak ona. Przez co sama się zaczynam zastanawiać czy to nie prawda, że mu się wydaje, że się zakochał. No ale.. Zayn to Zayn 😍😂 Już nie mogę się doczekać epilogu, ciekawi mnie czy przedstawisz główną bohaterkę jako prezes firmy ojca i jak to wszystko będzie wyglądać.. A z tym bratem Andy'iego to nieźle... Nie spodziewałam się czegoś takiego.
    Trochę mi smutno, że przed nami ostatni rodział ale i tak mnie satysfakcjonuje fakt, że dokończymy to genialne opowiadanie 🤗
    Ja również piszę w tym roku maturę więc rozumiem to całe zamieszanie i brak czasu i życzę Ci powodzenia w nauce przy okazji 💕
    No i cóż, mam nadzieję, że znajdziesz kilka minutek na napisanie epilogu i opublikowanie bo po tym rozdziale jestem strasznie zachłanna 😂
    Więc życzę weny, wolnego czasu i do następnego kochana 😀✌🏼️🔥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. DZIĘKUJĘ!!!! Kurczę, tak mi miło teraz ^_^ xD
      Co do Phoebe - to było dla mnie niezłym wyzwaniem, żeby troszkę ją zmienić, ale jednocześnie nie umniejszając jej charakterku i cieszę się, że mi się to udało... :P Ha, Zayn jest zagadką xD On od początku był taki powściągliwy i wyszło, jak wyszło... xD
      Również życzę powodzenia w nauce, jak i na samych maturach! ^_^
      Postaram się dodać epilog jak najszybciej ^_^ ^_^

      Usuń
  2. Wszystko Ci wyszło super, pomimo tej przerwy nie zmieniłaś bohaterów co jest bardzo ważne :) a dziękuję i czekam niecierpliwie 💕

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję jeszcze raz! ^_^ Postaram się nie zawieść ;)

      Usuń