wtorek, 29 grudnia 2015

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

     Obudziłam się owinięta ramieniem Malika, a nasze nogi były splecione. Uśmiechnęłam się lekko. Było mi bardzo wygodnie. Już nie padało, morze się uspokoiło, tylko piasek był jeszcze lekko mokry, ale nie przeszkadzało mi to. Odsunęłam się od Pantery, odszukałam wzrokiem swoje ubrania i z powrotem je założyłam na siebie. Były mokre i całe od piasku, ale dało się wytrzymać. Wtedy spojrzałam na horyzont. Choć nie cierpiałam wody, widok był niezły. Słońce właśnie wschodziło. Żałowałam, że nie mam przy sobie kartki i ołówka – świetny pejzaż by mi wyszedł!
     Szturchnęłam ciemnowłosego.
     – Malik – wyszeptałam. Mruknął coś pod nosem. Znów trąciłam go ręką, tym razem mocniej. – Obudź się!
     Zayn otworzył oczy i spojrzał na mnie. Gwałtownie się poderwał.  
     – Co? Coś się stało? – Zaczął się rozglądać, ale ja uspokajająco położyłam mu rękę na ramieniu i parsknęłam śmiechem.
     – Przestań być taki narwany. – Przewróciłam oczami. – Chciałam ci tylko pokazać wschód słońca.
     Malik spojrzał na mnie z politowaniem. Zmarszczyłam brwi.
     – Jeśli nie chcesz, to nie musisz patrzeć – burknęłam i zaczęłam się podnosić. Jedno jego spojrzenie potrafiło mnie wkurwić. A zapowiadał się taki spokojny poranek.
     Pantera również wstał i też się ubrał.
     – A ty przestań się znowu wściekać – westchnął.
     – Nie jestem wściekła! – warknęłam i skierowałam się w stronę wyjścia.
     Złapał mnie za ramię i przyciągnął do siebie.
     – Już przestań – wymruczał mi prosto do ucha. – Obejrzyjmy ten wschód słońca, skoro tak bardzo chcesz.
     – Nic od ciebie nie chcę. Ta noc miała być ostatnia, pamiętasz? Koniec z – urwałam. Odsunęłam się od niego i wskazałam ręką na niego, a potem na mnie – z tym.
     – A już myślałem, że masz też tę łagodną stronę – powiedział, uśmiechając się bezczelnie. – No wiesz, skoro mnie obudziłaś, bo chciałaś, żebym zobaczył wschód słońca…
     – Lubię wschody słońca – warknęłam. – Nie ma w tym nic dziwnego.
     Założyłam ręce na piersi. Pieprzony sukinsyn. Teraz będzie mi wypominał, czego się po mnie spodziewał, a czego nie? Gdzie jest napisane, że bezczelna i egoistyczna suka nie może lubić wschodów czy zachodów słońca? No właśnie. Nigdzie.
     Pokręcił głową ze śmiechem, znowu mnie złapał i przytulił. Pociągnął mnie na piasek, gdzie razem usiedliśmy.
     – Jestem dziś w dobrym humorze, więc wschód słońca może mi go tylko poprawić – odparł, kiedy umiejscawiał mnie między swoimi nogami.
     I to było już dziwne. Byłam niemal pewna, że… dla postronnego świadka musieliśmy wyglądać jak para zakochanych. Niech to szlag. Ja się z Malikiem tylko… pieprzę. Dlaczego więc miałam wrażenie, że coś się między nami zmieniło?
     Dreszcz przeszedł mi po plecach.
     – Zimno ci? – spytał Zayn. – Czy to ja tak na ciebie działam?
     Parsknęłam.
     – Chyba w innym świecie, Malik.
     Czułam, że się uśmiecha.
     W ciszy patrzyliśmy na to, jak wstaje słońce. To był naprawdę niesamowity widok, mówcie sobie, co chcecie, ale ja zdania nie zmienię.
     – Mam dla ciebie propozycję – rzekł nagle ciemnowłosy.
     Moje brwi podjechały do góry, choć on i tak tego nie widział.
     – Słucham.
     – Chcesz spędzić ze mną dzień?
     – Co? – Odwróciłam głowę i spojrzałam na niego podejrzliwie. – W co ty grasz, Malik?
     Wzruszył ramionami.
     – Mówiłem ci, że coś mnie do ciebie ciągnie.
     Odwróciłam głowę w stronę słońca.
     – Mówiłeś, że chcesz mnie pieprzyć do nieprzytomności.
     Zaśmiał się i pocałował mnie w szyję.
     – To też – mruknął. – Ale nie o to chodzi akurat. Może na jeden dzień zapomnimy o wszystkim? O tym, że mnie nie lubisz, a ja nie lubię ciebie? W końcu nadal jesteśmy nastolatkami, choć ja mam wrażenie, że nigdy tak naprawdę nie byłem nastolatkiem.
     No tak. Ten cały gang i w ogóle. Musiał mieć kiepsko.
     – Nigdy nie spędziłem dnia z dziewczyną, czy coś. – Oooo, co za wyznanie. Kto by się spodziewał? – Chcę jeden dzień normalności. I to naprawdę ostatni.
     – Normalności? – powtórzyłam. – Czyli co? Nie będziemy sobie dogryzać?
     – Och, Phoebe… Chyba bym się nie umiał powstrzymać. 
     Jeśli mam mówić szczerze, ja też nigdy nie spędziłam czasu z chłopakiem. Tak naprawdę. Andy się nie liczy, on jest (był?) moim przyjacielem, nigdy inaczej na niego nie spojrzałam, a teraz pojawia się Malik i po tym, przez co przeszliśmy, proponuje… coś takiego.
     – Zgoda. – Wzruszyłam ramionami. – Może być ciekawie.
     Słońce wznosiło się na niebie coraz wyżej i wyżej, wiedziałam, że dziś będzie piękna pogoda. I pewnie za niedługo na plaży pojawią się ludzie.
     – Nigdy nie byłaś zakochana?
     – Skąd takie pytanie? Przecież ci mówiłam, że ja nie bawię się w takie gówna.
     – Ale zawsze taka byłaś? Ja ci powiedziałem, że kiedyś byłem porządnym chłopakiem. A ty? Co się stało, że stałaś się właśnie taka?
     – No dobrze, nie zawsze byłam taką suką. To przez… – Przełknęłam ślinę. Przecież mu już nie ufałam! Dlaczego znowu chciałam mu się zwierzać?! – Ojca. Moja mama nie żyje, a on po jej śmierci schował jej rzeczy, które odnalazłam przypadkiem… Tak się wściekłam, co chyba pozostało mi do dziś. To naprawdę nie było miłe.
     To była prawda, ale nie do końca. Ta sytuacja coś we mnie zapoczątkowała, ale dopiero trzy lata później dokonała się ostateczna przemiana.
     – Rozumiem. Mnie zmienił gang, a ciebie kłamstwo ojca. Ciekawe, co by było, gdyby żadna z tych rzeczy się nie zdarzyła, a my byśmy wtedy się spotkali.
     Wybuchnęłam śmiechem. Sama nie wiem czemu, ale taka wizja… rozśmieszyła mnie. Po chwili Zayn dołączył do mnie.
     – Może to właśnie dziś zrobimy? – zapytał nagle. – Będziemy udawać, że jesteśmy tacy, jak kiedyś?
     – Nie wiem, czy potrafię.
     – Moglibyśmy spróbować.
     – Ale tylko względem ciebie – zaznaczyłam. – Nie mam być zamiaru… miła… dla innych ludzi. Chyba rozumiesz.
     – A więc dobrze. Przeżyjmy nasz dzień normalności, jaki mógłby się zdarzyć, gdyby nic nas nie zmieniło.
     Może być interesująco. Bardzo. Właściwie to już nie mogłam się doczekać!
***
     Wróciliśmy do domu, który wyglądał, jakby jakieś tornado przez nie przeszło. Ja na pewno nie miałam zamiaru tego sprzątać. Jeśli mała paskuda mnie do tego zmusi, to wszystkie śmieci nazbieram do worków i wyrzucę je u niej w pokoju. To dopiero byłby widok!
     – Wezmę prysznic – poinformowałam Malika. – Potem się spotkamy?
     Kiwnął głową. Szybko się wykąpałam, cała reszta domu chyba nadal spała.
     Dzień normalności.
     Naprawdę byłam podekscytowana!
     Nikt nigdy jeszcze nie zaproponował mi takiego czegoś, a otrzymałam już sporo przeróżnych propozycji.
     Nudziło mi się, więc postanowiłam pójść do pokoju Pantery. Chyba jeszcze w nim nie byłam, odnalazłam go jednak bez trudu. Ściany były granatowe, meble ciemne, nic specjalnego. Słyszałam szum wody, oczywiście Malik ma swoją łazienkę.
     Palce mnie świerzbiły, a więc troszkę pogrzebałam mu w szafach. No nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła. Same ubrania, nagle jednak moim oczom ukazała się schowana broń! Nie dość dobrze schowana, skoro ją znalazłam. Nie byłam zdziwiona, przecież każdy gangster ma broń.
     Malik jest gangsterem. Teraz, kiedy wiem o nim trochę więcej, to brzmi… absurdalnie.
     Wtedy usłyszałam śpiew. Zamarłam. Jasna cholera! To Pantera śpiewał! Porzuciłam wszystko i zbliżyłam się do drzwi, by trochę podsłuchać. Nie rozróżniałam słów, ale… co za głos!
     Kto by się spodziewał, że taki sukinsyn może tak śpiewać?
     No ja bym nie pomyślała. Jego głos brzmiał… anielsko?
     Ja pierdole, to za to zabrzmiało żałośnie.
     Położyłam się na jego łóżku, a kiedy w końcu wyszedł z łazienki z ręcznikiem na biodrach, usiadłam.
     – A co ty tutaj robisz? – warknął.
     – Przyszłam – zachichotałam.
     – Do mojego pokoju? – Brzmiał na wkurwionego. Oho. Koniec z dobrym humorem?
     – Ty już w moim byłeś. – Przewróciłam oczami. – Śpiewasz?
     Malik zesztywniał i powoli odwrócił się w moim kierunku.
     – Słyszałaś? – Miał groźnie zmarszczone brwi.
     – Masz niezły głos.
     Zaczął się przy mnie przebierać. Wcale nie patrzyłam. Wcale a wcale.
     – Nie patrz tak na mnie – zagroził niskim głosem. – Bo zaraz oboje wylądujemy bez ubrań.
     – A gdzie dzień normalności?
     – Zacznie się odrobinę później.
     Parsknęłam.
     – Zaśpiewasz mi coś?
     – Chyba oszalałaś. – Pokręcił głową. – Poważnie, uderzyłaś się w głowę?
     – Strasznie zabawne – warknęłam.
     Zapadła cisza.
     – Tak myślałem, że może wyjdziemy na miasto? Pójdziemy na spacer po promenadzie?
     – Ostatnim razem nas porwano, na pewno chcesz wychodzić?
     – Nic nam nie będzie.
     – Aha.
     – Kwestionujesz moje umiejętności?
     – Ależ skąd.
     – Jesteś niemożliwa.
     – Wiem.
     Malik się zaśmiał.
     – To może na początek zjemy śniadanie?
     – I to jest dobry pomysł, kolego! – oznajmiłam i zeskoczyłam z łóżka, po czym przeszłam obok Pantery, przejeżdżając dłonią po jego już nie nagiej klatce piersiowej.
     – Kto ostatni w kuchni, ten jest głupi – rzekłam i zaczęłam biec.
     – Nie byłem przygotowany! To niesprawiedliwe!
     Czułam jednak jego obecność tuż za mną. Ze śmiechem zbiegłam po schodach, a przy wejściu do kuchni Zayn zdążył złapać mnie w pasie i odciągnąć od tego pomieszczenia. Cały czas chichotałam. Wtedy odwróciliśmy się i oboje zamarliśmy na widok pieprzonego brata przyrodniego, który oglądał telewizję w salonie.
     – O kurwa – przeklął i wybałuszył na nas oczy.
     Odchrząknęłam. Nie pomyślałam o tym, jak cała reszta zareaguje na nasz dzień normalności. Pewnie będą sądzić, że w tej Atlancie kosmici nas porwali i zrobili pranie mózgu czy coś. A może coś w tym jest…? Przecież  zaczynam się przekonywać do Malika, a to nie jest normalne. I zgodziłam się na dzień normalności. Z nim. A to już jest na maksa popieprzone.
     – Co wy…? – Ryan chrząknął. – Dobrze się czujecie?
     – Akurat zajebiście – warknęłam. – Nie zwracaj na niego uwagi – szepnęłam do Zayna.
     Zlustrowałam brata przyrodniego wzrokiem, złapałam Malika za rękę i pociągnęłam go do kuchni.
     – Co powiesz na tosty? – zapytałam. – Mam na nie ochotę.
     – Mogą być. – Przytaknął. – Jak to jest z tobą i Ryanem?
     Westchnęłam.
     – Jeszcze nie jest moim bratem przyrodnim. Ale ma być. – Skrzywiłam się. – Ojciec planuje ślub z jego matką, Martiną.
     – Chyba jej nie lubisz.
     – Żebyś wiedział –  powiedziałam jadowicie. – Wyrwałabym jej wszystkie włosy z głowy, pocięła i obsypała nimi jej ubrania.
     – Nieźle. – Pantera parsknął.
     Zajęliśmy się przygotowaniem śniadania. Chwilę później w pomieszczeniu pojawiło się dziecko irytujące i oczy aż jej się zaświeciły na widok tostów, więc zrobiłam jej jednego. Nawet nie musiała prosić – ten dzień normalności ma nie mnie zgubny wpływ.
     Usiedliśmy z Malikiem w jadalni, krzesło obok krzesła. Nic nie mówiliśmy, ale atmosfera była bardzo przyjemna, a śniadanie naprawdę bardzo dobre. Nie mogłoby być inaczej, przecież ja je robiłam.
     – I co, smakują ci moje tosty? – zapytałam.
     – Muszę przyznać, że nawet bardzo. – Pantera się uśmiechnął. – Może cię wynajmę i będziesz mi je robić do końca wakacji?
     Spojrzałam na niego wymownie i zaśmiałam się.
     – Zdajesz sobie sprawę, do kogo to mówisz?
     – Przecież Nicole usługujesz.
     Zmrużyłam oczy.
     – Nicole jest wyjątkiem, dupku.
     Zayn pstryknął mnie w nos i skupił się na swoim talerzu.
     Eee… Nawet jak na dzień normalności, to było… niespodziewane. I dziwne!
     – Co moje oczy tu widzą? – Między nami pojawiła się głowa Louisa. – Jecie razem śniadanie? Jak zakochani?
     – Zakochani? Czy ty siebie słyszysz? – odparł ciemnowłosy sceptycznie.
     – Coś mi się wydaje, że w tej waszej Atlancie dużo się pozmieniało.
     Tomlinson odszedł, zanim zdążyliśmy cokolwiek odpowiedzieć i jeszcze zaczął beztrosko gwizdać! To jest dopiero prawdziwie bezczelny człowiek!
     Wybuchnęłam śmiechem, kiedy Malik upuścił jeden tost na swoją koszulkę i rozsmarował sobie na niej dżem.
     – Louis naprawdę ma rację. – Tym razem usłyszeliśmy głos Nialla, który aż ociekał niedowierzaniem. – Nie wiem, jak to się stało, bo nie mogliście na siebie nawet patrzeć, ale teraz wyglądacie na zakochanych!
     Westchnęłam krótko i wstałam, odwracając się w stronę Nialla.
     – Możecie w końcu, kurwa, przestać? – zirytowałam się i mówiłam podniesionym głosem, by reszta też mnie usłyszała. – Nie jestem… zakochana – wyplułam to słowo niemalże jak truciznę – w Maliku. Czy do wszystkich, kurwa, dotarło? Może wbić wam to do głów patelnią? – zaszydziłam.
     Niall uniósł dłonie w geście niewinności, po czym ukradł mi ostatniego tosta z talerza i uciekł, mówiąc, że wyglądał zbyt pysznie, by go nie ruszać. Przewróciłam oczami i opadłam na krzesło. Spojrzałam na Zayna, który jeszcze jadł swoje śniadanie i odgryzłam mu kawałek jego jedzenia.
     – Złodziejka – powiedział zaczepnie.
     – I co z tego? – Wytknęłam mu język.
     – No to był bardzo osobliwy widok, nie powiem. – Wzniosłam oczy do nieba, gdy Harry się odezwał. Ile razy jeszcze usłyszymy o tym pierdolonym zakochaniu? Zaraz naprawdę kogoś uderzę, jeśli ci idioci się nie zamkną. – Phoebe, myślałem, że nienawidzisz Zayna.
     Odwróciłam głowę przez ramię i uśmiechnęłam się kpiąco.
     – Może lepiej nie zajmuj się myśleniem, bo ci to nie za bardzo wychodzi.
     Styles zacisnął usta w wąską kreskę i wycedził:
     – Dziwaki.
     – Nie pozwalaj sobie, stary – warknął Malik, a ja założyłam ręce na piersi.
     Harry odszedł bez słowa, a ja nachyliłam się do Pantery i wyszeptałam:
     – Przestraszył się, mówię ci.
     – Od razu wiedziałem.
     I obydwoje zachichotaliśmy.
   Odnieśliśmy talerze do zlewu, jak porządni ludzie, a ja byłam dumna ze swojego zachowania. Gdyby to nie był dzień normalności, zostawiłabym te naczynia na pastwę losu, obraziłabym przy tym małą paskudę, pokłóciłabym się ze wszystkim i byłabym wściekła do końca dnia.
     Normalka.
     Ale nie dziś.
     Dziś byłam rozchichotaną nastolatką, która ma w planach spędzenie cudownego dnia.
     Udawajmy, że to wcale nie brzmi głupio i bardzo pasuje do mojego stylu bycia.
     – I co dalej porobimy? – spytałam, kiedy wspinaliśmy się po schodach.
     – Pomyślałem sobie, że może pójdziemy do kina? Normalni nastolatkowie chyba tak robią – odpowiedział.
     – Jak ja dawno nie byłam w kinie!
     – Czyli tak?
     – Wiesz, pomijając to, że świadomie narazimy się na ponownie złapanie, to myślę że tak. – Wyszczerzyłam się. – Nigdy nie mówiłam też, że jestem rozsądna. Albo odpowiedzialna.
     – Czym byłoby życie bez ryzyka?
     Wkroczyliśmy do mojego pokoju.
     – Zabrzmiało to bardzo nie w twoim stylu.
     Malik wzruszył ramionami. Odwróciłam od niego wzrok, chwyciłam torbę, spakowałam kilka rzeczy, spojrzałam na swój strój i stwierdziłam, że krótkie spodenki i koszulka idealnie się sprawdzą, wobec czego nie musiałam się przebierać. Poszłam jeszcze na chwilę do łazienki, lekko poprawiłam swoją fryzurę i dołączyłam do Pantery, który cierpliwie na mnie czekał.
     – Gotowy?
     – Zawsze. – Uśmiechnął się drapieżnie.
     Uniosłam brwi, założyłam torbę na ramię i wyszłam z pokoju. Po drodze powiadomiłam małą paskudę, że wychodzę z Zaynem, a ona wyjątkowo nie sprzeczała się ze mną, ale jakoś podejrzanie się uśmiechała. Podejrzewałam, że ona też zaliczała się do tych idiotów, którzy głośno wyrażali, co myślą o mnie i Maliku.
     Nie braliśmy żadnego samochodu. Zresztą, jedyne auto do dyspozycji, jakie posiadaliśmy, to było to kradzione, więc w tej kwestii akurat woleliśmy nie ryzykować.
     Pantera założył okulary przeciwsłoneczne, a ja mu zaczęłam zazdrościć, bo ja takich nie miałam. Wpadłam więc na szatański pomysł, który natychmiast zaczęłam realizować. Ściągnęłam mu jego okulary i sama je nałożyłam, po czym zrobiłam zadowoloną minę.
     – Jesteś niemożliwa – oznajmił, ale nie odebrał mi swojej własności.
     Bez żadnych przeszkód dotarliśmy do pierwszego lepszego kina w Los Angeles, zapłaciliśmy za bilety (ciemnowłosy chciał zapłacić za mnie, ale ja tylko powiedziałam mu, żeby nie udawał dżentelmena i w końcu wyszło na moje) i udaliśmy się na seans. Wspólnie stwierdziliśmy, że film akcji będzie najlepszym wyborem. Obydwoje lubiliśmy ten rodzaj filmów. Z niejaką zgrozą zauważyłam, że jest sporo rzeczy, jakie mnie łączą z Panterą – muzyka, a teraz też i filmy. Troszkę niepokojące.
     W końcu wyszliśmy z kina i postanowiliśmy pójść jednak na ten ryzykowny spacer po promenadzie. Co do filmu – mnie się nie spodobał, ale Zaynowi już tak, przez co wybuchła dyskusja. W pewnym momecie było dość ostro i myślałam, że pokłócimy się na dobre, ale Malik odpuścił, przez co mogliśmy w spokoju iść na ten spacer.
     Niewiele potrzebowaliśmy do kłótni.
     Na szczęście słońce, szum fal i ten tłum ludzi skutecznie wymazał wspomnienie tej durnej kłótni i zaraz znowu byłam rozchichotaną nastolatką, jaką planowałam dziś być. Widziałam, że Panterze humor też się poprawił.
     Wtedy jednak ciemnowłosy zabrał mi swoje okulary i założył je sobie.
     – Ej!
    Wyszczerzył tylko zęby w uśmiechu i podszedł do stoiska z okularami przeciwsłonecznymi, po czym kupił mi jedne, przypominające te, które sam nosił.
     – Wolałabym te twoje – mruknęłam.
     Wobec tego Zayn zdjął swoje i założył mi je na nos, a dla siebie zostawił te nowo kupione. Obydwoje uśmiechaliśmy się jak nienormalni.
     – Od razu lepiej – stwierdziłam.
     – Może chcesz jeszcze coś mojego?
     – Na razie nie, ale może później się do ciebie zgłoszę.
     – W takim razie będę czekał. – I spojrzał na mnie tym swoim ciemnym wzrokiem, od czego dostałam dreszczy, pomimo upału. Uśmiechnęłam się leniwie i wesołym krokiem powędrowałam dalej.
     Spacerowaliśmy, jedliśmy lody, śmialiśmy się, rozmawialiśmy o mało istotnych rzeczach, droczyliśmy się, nawet robiliśmy zdjęcia. Naprawdę czułam się jak normalna siedemnastolatka.
     Nagle dostrzegłam stoisko, przy którym pani robiła kolorowe warkoczyki i w mojej głowie znów zabłysł szatański pomysł.
     – Zróbmy sobie warkoczyki! – pisnęłam do Zayna.
     Tak, pisnęłam. Wczułam się w ten dzień.
     Właściwie to czułam się jak z Andy’m, z nim mogłam sobie pozwolić na takie zachowanie. Tylko przy nim taka byłam, więc trochę mnie przerażało, że odważyłam się tak postępować w towarzystwie Malika. Tym bardziej, ze wczoraj wygłosiłam, że mu już nie ufam! Wiedziałam, że nie powinnam mu ufać, ale w głębi duszy przeczuwałam, że choć zwątpiłam, to zaufanie nadal istniało.
     Cholera.
     – My? – Pantera uniósł brwi.
     – Tak! To będzie nasz znak! – Dawno już nie czułam się taka wyluzowana i tak bardzo… mało przepełniona wściekłością.
     – Ten dzień nie wpływa na ciebie zbyt dobrze – zauważył zgryźliwie.
     Przewróciłam oczami.
     – Sam tego chciałeś. – Szturchnęłam go w ramię. – To nie musi być widoczny warkoczyk. Możemy sobie zrobić taki w kolorze włosów z tyłu głowy.
     Nie był przekonany. To nawet mało powiedziane. Był nastawiony do mojego pomysłu sceptycznie! Pff! Nie powinien wątpić w genialność mojego umysłu!
     – Chodź! – Złapałam go za rękę i zaczęłam prowadzić do odpowiedniego stoiska. – Zrobisz to dla mnie.
     I dał się namówić! Pani od warkoczy, którą miałam ochotę uderzyć, gdy tak łapczywie wpatrywała się w ciemnowłosego, dobrze wykonała swoją robotę. Dobraliśmy odpowiednie barwy do naszych włosów i oboje mieliśmy warkoczyki! Ten Zayna był krótki, ale on przecież nie miał aż takich długich włosów. Ale zgodził się! Właściwie to myślałam, że postawi na swoim! A tu nie. Ja tam nie narzekam.
     Zjedliśmy frytki na lunch, dużo się śmiejąc. Szalony, szalony dzień! Nawet na przekleństwa nie miałam ochoty!
     Miła dla wszystkich nie byłam, bo chyba nie za bardzo potrafiłam przestać być wredna, ale co tam. Trochę bezczelności jeszcze nikomu nie zaszkodziło. A tego dnia miałam w sobie tylko minimum bezczelności, a ci ludzie, dla których byłam niemiła, jeszcze mieli pretensje! Jak, na przykład, ta pieprzona suka od frytek!
     Zamówiliśmy już nasze szanowne danie, a kiedy ta suka przyniosła nam je do stolika, moją porcję wysypała na moją bluzkę! Widziałam, że zrobiła to specjalnie. Była jedną z tych nieszczęśliwców, które robiły maślne oczy do Malika. Idiotka. Kiedy więc jej powiedziałam, że ma na swój koszt odkupić mi frytki, przyjęła to jeszcze jakoś do wiadomości. Ale gdy zgryźliwie stwierdziłam, że wysypywanie na mnie frytek nie sprawi, że Zayn na nią poleci, to się wielce obraziła. A to nawet nie było tak bardzo obraźliwe. To był po prostu fakt.
     Na szczęście potem to cholerne babsko już nas nie nawiedzało i posiłek zjedliśmy w spokoju. I moja bluzka nie była brudna, bo nie zamówiłam ketchupu, więc mogłam w niej spokojnie chodzić. Choć Pantera zdążył łaskawie zauważyć, że nie miałby nic przeciwko, jakbym ją zdjęła.
     Zbliżał się wieczór, zeszliśmy na plażę. Zapatrzyłam się w przerażający ocean i wiedziałam, że za niedługo będzie zachód słońca. Wtedy jednak do moich uszu dobiegła muzyka.
     – Słyszysz to? – zapytałam zaintrygowana.
     – Spójrz w prawo.
     Tak też zrobiłam. Jakieś sto metrów dalej była impreza, ale gdy się przyjrzałam… to było wesele! Wesele na plaży, niezły pomysł.
     Znowu złapałam Malika za rękę i pociągnęłam go w tamtą stronę.
     – Co ty znowu robisz?
     Nie odpowiedziałam, tylko szczerzyłam się jak idiotka.
     Wszędzie stały stoliki, ludzie przy niech siedzieli, ale też sporo osób stało na prowizorycznym parkiecie i tańczyło. Nowożeńcy przebywali wśród nich, przytulenie do siebie.
     Jakie to, kurwa, urocze.
     Nie mogłam się powtrzymać.
     Po co brać ślub? Ja się nigdy nie wpakuję w takie emocjonalne gówno.
     Spojrzałam na Malika i przegryzłam wargę.
     Niech to, kurwa, szlag.
     Naszła mnie obawa, że już mogłam się wpakować…
     I to było przerażające.
     Leciała właśnie jakaś spokojniejsza piosenka, nie znałam jej. Wkręciliśmy się na imprezę i udawaliśmy gości, choć nieco różniliśmy się ubiorem, ale wydawało mi się, że nikt nie zwracał na to uwagi. Odetchnęłam krótko i objęłam Zayna, mocno się do niego przytulając. Przycisnął mnie do siebie i zaczęliśmy lekko ruszać się w rytm muzyki. Piosenka zmieniła się na kolejną spokojną, później weszła nieco skoczniejsza, ale ja i Malik nie przestawaliśmy kołysać się z boku na bok w tym naszym uścisku.
     A potem z głośników ryknęło Oo, after midnight i zesztywniałam. Spojrzałam Malikowi w oczy i napotkałam jego ciemny wzrok.
     – Dorothy After midnight – oznajmił. – Chyba mówiłaś, że lubisz tę piosenkę.
     Kiwnęłam głową. On też ją lubił.
     Nie odrywałam od niego wzroku, podczas gdy tańczyliśmy i oboje wsłuchiwaliśmy w tekst. Choć nie było jeszcze po północy, to myślę, że ten zwrot można uznać za metaforę. Pozostała część tekstu przerażająco do nas pasowała. Widziałam w jego oczach, że on też o tym myślał.
     Raptownie oderwałam się od Pantery, przez co wpadłam na jakąś straszą panią, która ledwo utrzymała się na nogach. Odwróciłam się i szybkim krokiem podążałam w bliżej nieokreśloną stronę, oddaliłam się od weselników. Czułam, że Malik szedł za mną.
     – Czekaj! – warknął i złapał mnie za ramię. – Przestań, do cholery, uciekać!
     – To już chyba koniec naszego dnia – syknęłam i wyrwałam mu się.
     – Przestań się znów, kurwa wściekać, Amb… Phoebe.
    – Amber? – Zmrużyłam oczy. – Chciałeś nazwać mnie Amber? Super. Zajebiście. Wszystko jest już, kurwa, zajebiście. Nasz dzień definitywnie się skończył.
     – Nie, chwila. – Znowu mnie zatrzymał.
     Zerknęłam na ocean, słońce chyliło się ku horyzontowi. Może ten widok mnie uspokoi.
     – Przepraszam. Nie chciałem tak cię nazwać.
     Woooow, Malik przeprasza. To coś nowego.
     – Skąd ci się to w ogóle wzięło, co? – warknęłam.
     Pantera przeczesał ręką włosy.
     – Znałem wcześniej dwie Amber i obie były naprawdę… popieprzone. Jedna była nawet moją dziewczyną.
     Zamarłam i wpatrywałam się w niego intensywnie.
     – No nie mów, że znowu kłamałeś. – Zbierało mi się na histeryczny śmiech. – Mówiłeś, że nigdy nie spędziłeś takiego dnia z dziewczyną!
     – Bo nie spędziłem, przysięgam! Nigdy nic nie czułem do tej Amber, między nami był tylko… seks. Nic więcej! Nawet jej nigdzie nie zabrałem. Ani razu.
     – No dobrze, a ta druga Amber?
     – To teraz nieważne. Ważne, że obie są wielkimi sukami, a ty mi tak do nich pasowałaś… To imię samo jakoś wyszło z moich ust. – Pokręcił głową. – Przepraszam. Naprawdę. Nigdy więcej już cię tak nie nazwę.
     – To i tak bez znaczenia. – Wzruszyłam ramionami.
     – Mamy jeszcze kilka godzin naszej normalności – powiedział niemal błagalnie, ale musiało mi się to przesłyszeć.
     – Nie. Słońce już zaszło.
     – I co z tego? Nasza umowa nie obowiązywała do zachodu słońca.
     Odwróciłam się do niego tyłem.
     – Po prostu chodźmy już do domu.
    Nie kłócił się. Bez żadnego słowa sprzeciwu skierowaliśmy się w stronę domu Andersonów i już nie wiedziałam, czy się z tego cieszę, czy nie. Nic już nie wiedziałam.
     Kiedy wróciliśmy, nastał już porządny wieczór. W budynku nie było jednak nikogo, a my nie wiedzieliśmy, gdzie reszta się podziewa i jeśli miałam mówić szczerze, gówno mnie to obchodziło. Od razu skierowałam się w stronę swojego pseudo pokoju, chciałam po prostu się położyć i może pokrzyczeć w poduszkę.
     Zanim zdążyłam zniknąć za drzwiami, Malik mnie zawołał. Wzniosłam oczy do góry, ale odwróciłam się. Nie zdawałam sobie sprawy, jak blisko stał. Wystarczyło, że zrobił krok, a już stykaliśmy się ciałami, w mgnieniu oka złapał moją twarz w dłonie i pocałował mnie. Na początku tylko stałam, bo w ogóle nie spodziewałam się takiego obrotu akcji, ale odwzajemniłam pocałunek. To było silniejsze ode mnie, nie potrafiłam się opanować.
     Malik momentalnie przyszpilił mnie do ściany, a jego pocałunki stały się bardziej łapczywe. Chwycił mnie za uda i podniósł, owinęłam nogi wokół jego bioder. Czułam, że się przemieszczamy, aż po chwili poczułam pod plecami pościel i odkryłam, że byliśmy w jego pokoju.
     Sprawy potoczyły się naprawdę szybko. Nim się obejrzałam, obydwoje nie mieliśmy na sobie ubrań i przeszliśmy do rzeczy. Tym razem było inaczej. Pomijając już to, że po raz pierwszy uprawialiśmy seks w łóżku, jak normalni ludzie, było po prostu bardziej… intymnie.
     Spełnieni i dziwnie szczęśliwi (a przynajmniej ja) położyliśmy się na łóżku.
     – Nienawidzę cię – mruknęłam.
     Pantera zaśmiał się gardłowo.
     – Wiem. – I pocałował mnie w czubek głowy.
     – Jesteś pieprzonym manipulantem. Zaciągnąłeś mnie do łóżka.
     – Już nie udawaj, że nie byłaś chętna.
     – Właśnie o to chodzi! Dobrze wiesz, jak na mnie działasz i perfidnie to wykorzystujesz.
     – Na pocieszenie mogę ci powiedzieć, że ty działasz na mnie tak samo.
     Westchnęłam sfrustrowana.
     Leżeliśmy chwilę w ciszy, czułam, że zaraz zasnę. Wtedy jednak usłyszałam niski pomruk i dotarło do mnie, że Zayn zaczął śpiewać. Udawałam, że śpię i wsłuchiwałam się w jego śpiew. Nie znałam tej piosenki, ale jego głos… był naprawdę piękny. Uśmiechnęłam się lekko. Zanim skończył, ja już odpłynęłam do krainy snu.
***
     Obudził mnie powie zimna, więc wyciągnęłam rękę, ale zdawałam sobie sprawę, że nie szukam koca. Szukałam ciała, które towarzyszyło mi zeszłej nocy. Natrafiłam jednak na pustkę, więc otworzyłam jedno oko, potem drugie. Byłam sama w łóżku. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na zegarek. Dochodziła jedenasta. Gdzie jest Nicole? Nie obudziła mnie?
     Miałam jakieś złe przeczucie. Kurwa, zaczęłam się trząść z niepokoju.
     Ubrałam wczorajsze ubrania i wyszłam z pokoju. Zbiegłam na dół, zajrzałam do salonu, ale tam zastałam tylko Becky. Nie chciałam nawet z nią rozmawiać, więc zajęłam się szukaniem Nicole. Na szczęście szybko ją znalazłam – była w kuchni i czytała książkę, popijając… coś.
     – Cześć – rzuciła, nawet na mnie nie patrząc. – Cieszę się, że już wstałaś, choć dłużej chyba nie mogłaś spać.
     – Gdzie są wszyscy? – zapytałam szybko.
     W końcu na mnie zerknęła, zrobiła dziwną minę i odłożyła książkę.
     – Jak to? – Wyglądała na zdezorientowaną.
     Tak, kurwa, zdezorientowaną. To ja tu miałam prawo być zdezorientowana.
     – No tak to, kurwa! Gdzie jest Malik i cała reszta?! – wrzasnęłam.
     – Wyjechali. – Spojrzała na mnie pusto.
     Oddech uwiązł mi w gardle.
     – Co… co? – Nie mogłam się wysłowić.
     – W nocy. – Odwróciła głowę. – Mówili, że to coś ważnego i że muszą wracać do siebie, do Londynu. Myślałam, że Zayn ci powiedział.
     Teraz nie mogłam też oddychać. Oparłam się o blat, nakazując sobie w myślach oddychanie. Wzięłam jeden drżący oddech.
     – Nie… nie po… nie powiedział – wykrztusiłam. Przeczesałam ręką włosy, gdy ta cała prawda na mnie opadła. – Oni… nie wrócą tu już, prawda?
     Nicole potrząsnęła głową.
     Nie wiedziałam, co mam robić. Musiałam się stąd wydostać. Musiałam… musiałam iść. Biec. Cokolwiek.
     – Dobrze się czujesz? – Słowa małej paskudy dotarły do mnie jak przez ścianę.
     Odwróciłam się i wyszłam z domu. Kręciło mi się w głowie, czułam, że zbierało mi się na płacz.
     Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje.
     Nie byłam pewna niczego. Siebie, swoich uczuć. Wszystko było dla mnie niepewne, dziwne.
     Ale miałam jednak pewność co do jednej rzeczy.
     On mnie zostawił.
_________________________________

Nie wiem... Nie obchodzi mnie, że to nie pasuje do tej historii, długo się zastanawiałam, czy tak chcę poprowadzić tę akcję i w końcu zdecydowałam, że tak ma być. Mam to przemyślane i w mojej głowie wszystko jest dokładnie tak, jak być powinno.  
Z racji tego, że święta już minęły, to życzyć Wam wesołych świąt, nie będę, ale za to - Szczęśliwego Nowego Roku! Oby 2016 był lepszy. ;) I obym częściej wstawiała rozdziały! ^_^
Do napisania!
Meredith! ^_^ xx

7 komentarzy:

  1. Ten dupek ją wykorzystał...Wiedział, że w nocy wyjadą i po prostu ją wykorzystał...niby normalnie bym go zrozumiała,, ale w tej chwili jestem wściekła. Mimo to, rozdział cudowny, Za każdym razem odpokutowujesz swój brak obecności dobrym rozdziałem, serio. Jestem ciekawą jak to dalej będzie wyglądać...Szczęśliwego Nowego Roku Meredith :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to już jest z tym Malikiem... Zobaczymy, co z tego wyjdzie. :P
      Dzięki! Szczęśliwego Nowego Roku! ^_^ xx

      Usuń
  2. Boski!!! Kocham to opowiadanie niekarz nam tak długo czekać na następny rozdział :);)

    OdpowiedzUsuń