niedziela, 15 lutego 2015

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

 Rozdział dla Dominiki W. ! Dzięki Tobie nabrałam takiej chęci na pisanie, jaka już dawno mnie nie odwiedzała! Dziękuję Ci, tak bardzo Ci dziękuję za te piękne słowa pod rozdziałem dwunastym! :)

    Obudziłam się rano opatulona kołdrą. Leniwie uniosłam powieki i kilkakrotnie nimi zamrugałam, zastanawiając się, co się, do cholery, dzieje, a potem wszystko mi się przypomniało. Gwałtownie uniosłam głowę i ze zmrużeniem powiek rozejrzałam się po wnętrzu tego pokoju (nie był zbyt ładny, ale to już pewnie mówiłam). Nie było Malika. I bardzo dobrze. Jeszcze jego widoku mi tu brakowało. Dzień byłby zepsuty jak nic.
     Wzięłam szybki prysznic, ubrałam się w te ciuchy przyniesione przez recepcjonistę (teraz wyczuwałam to dokładniej – pachniało kradzieżą; bo zastanówmy się: skąd ten facet miałby takie ubrania? Przynajmniej te bardziej damskie, bo męskie to jeszcze rozumiem, powiedzmy). Kiedy wyszłam z łazienki, na łóżku siedział Pantera (tyłem do mnie), a nasz plecak leżał obok niego.
     – Dłużej tu już się nie dało? – warknął na powitanie, ale nie spojrzał na moją osobę.
     – Weź się lepiej nie odzywaj, chuju – odwarknęłam mu.
   – Zbieraj się, wyjeżdżamy i to już – wycedził przez zęby, wstał i odwrócił się do mnie twarzą.
   – Gdzie moja patelnia? – syknęłam, coraz bardziej się wkurwiając. Człowiek wychodzi z łazienki, rozluźniony, a tu na niego naskakują i po dobrym humorze.
     – A co ma do tego patelnia? – spytał, a jego głos ociekał szyderstwem.
     – Przyda się po to, żeby ci przypierdolić. I to porządnie, bo chyba coś się poprzewracało w tym twoim móżdżku – łaskawie mu wszystko wyjaśniłam z nutą pogardy.
     – Wkurwiająca jak zawsze – skomentował, a ja przewróciłam oczami. – Idziemy.
     – Najpierw patelnia.
     – Kurwa, Amber, musisz wszystko utrudniać? – warknął, ale posłusznie wyjął patelnię i mi ją dał. – A teraz za drzwi.
     – Nie rozkazuj mi – wycedziłam.
     – W takim razie czy możesz już, kurwa, wyjść z tego, kurwa, pokoju, kurwa, proszę?
   – Ależ proszę bardzo, wychodzę. – Wesoło podrzucając patelnię w dłoni, wyszłam na zewnątrz.
     Kiedy Malik do mnie dołączał, jego oczy ciskały we mnie błyskawice. Jakie to przykre.
     – Musimy ukraść kolejny samochód – oznajmiłam mu.
     – Dzięki, że mi powiedziałaś; uratowałaś mi życie i jak ja ci się odwdzięczę? – rzekł z wielką dozą sarkazmu.
     – „Dziękuję” w zupełności wystarczyło – odpowiedziałam, przywołując na usta szeroki, słodki uśmiech.
     Oddaliśmy klucze w recepcji (obsługiwał tam już inny gościu, ten był większy – i pod względem brzucha, i pod względem mięśni).
       – Chcemy skorzystać z telefonu – mruknął ciemnowłosy.
     Grubas podał mu telefon, mając rozbrajający wyraz twarzy. Pewnie dziwił się, że nie mamy swojego. Bo kto teraz wychodzi na ulicę bez komórki?
     Okazało się, że Malik dzwoni do Louisa. Och, no tak. Szybko o nich zapominam. Nie słuchałam dokładnie, o czym ta dwójka rozmawia, ale to raczej było oczywiste. Chciał ich uspokoić.
     – Amber – warknęła w pewnej chwili Pantera. Leniwie uniosłam na niego wzrok. Stał tam z poirytowanym wyrazem twarzy i wyciągniętą dłonią z telefonem. – Nicole chce z tobą rozmawiać.
     – Oo, mała paskuda się stęskniła? – parsknęłam śmiechem, przykładając urządzenie do ucha.
     – Czy to prawda? – Od razu na mnie naskoczyła.
     – Ale co?
     – Upiliście się?
     – Znasz mnie, paskudo. Jestem do tego zdolna.
     – Ale nie ma was już tyle dni! Dokąd wyście się wybrali?
     – Słuchaj, to nie czas na takie pogawędki, jasne? – Zerknęłam na Panterę, który był wielce zniecierpliwiony. Stanęłam do niego tyłem i przełożyłam telefon do drugiego ucha. – Zadzwoniłaś do niego?
     – Jeszcze nie – odparła wolno. – Nie chciałam go denerwować, wiesz. Teraz jakby się dowiedział, że po prostu się schlałaś–
     – Zabiłby mnie, wiem – przerwałam jej. – A policja?
     – No… niestety. Liam nam kazał.
     – Ale odwołacie ich?
     – Nie musisz się martwić, Phoebe, twój ojciec się nie dowie.
     – A ty co jesteś dla mnie taka miła, małpo? – rzuciłam zaczepnie.
     – Jestem taka jak zawsze – ucięła. – Muszę lecieć.
     I rozłączyła się bez pożegnania. Cóż za dziecko irytujące. Prawdziwe dziecko irytujące.
     Ciemnowłosy oddał grubemu telefon i bez słowa zaczął kierować się w stronę wyjścia.
     – Muszą państwo jeszcze zapłacić za nocleg – burknął wtedy recepcjonista.
     – Nie wydaje mi się – odparł Pantera z wielką pewnością siebie. Aha. Czyli chce uniknąć płacenia, cwaniaczek jeden.
     – A mi się wydaje – znów burknął. – Pieniądze, już.
     – Powiedziałem–
     – Proszę wybaczyć – wtrąciłam się, a Pantera to tak na mnie spojrzał, że aż przez sekundę zaczęłam się obawiać, czy mnie czasem nie wepchnie pod samochód „przypadkiem”. – Mój brat ma problemy z agresją, zapisaliśmy go na zajęcia do psychologa, ale wie pan, takich jak on to trudno jest przywołać do porządku.
     – Amber – warknął Zayn ostrzegawczo.
     Recepcjonista, Peter, jak głosiła plakietka, uśmiechnął się i ukradkiem zaczął patrzeć na moje cycki (one naprawdę muszą być piękne). Oparłam się o blat w taki sposób, by jeszcze bardziej je uwydatnić.
     – Mój brat nie lubi, gdy zawraca mu się głowę o nic, a proszę nam uwierzyć, już zapłaciliśmy za nocleg. – Niby „przypadkowo” dotknęłam tej obleśnej ręki tego starego capa. Oczy to mu się aż świeciły. – A teraz bardzo się spieszymy na samolot. Byłoby bardzo, bardzo smutno, gdybyśmy się na niego spóźnili. Nasz dziadek właśnie umarł i proszę pana – zrobiłam dramatyczną pauzę i niby otarłam jakąś łzę – to taka tragedia. Musimy zdążyć na pogrzeb.
     – Dobrze, nie zatrzymuję was – mruknął Peter, nie spuszczając wzroku z moich piersi. Boże, ale ten typ mnie obrzydza.
     – W takim razie mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy. – Uśmiechnęłam się zalotnie ostatni raz i w końcu razem z Malikiem opuściliśmy ten budynek.
     – Boże, nigdy więcej nie chcę widzieć tego typa na oczy – powiedziałam.
     Zayn nie skomentował scenki, w której brałam udział w żaden sposób, tylko zaczął wybierać samochód dla nas odpowiedni. Było ich jeszcze dość sporo, pewnie nie wszyscy po wczorajszej imprezie opuścili ten motel. Tym lepiej dla nas.
     – Bierzemy audi – mruknął Pantera i lekko się uśmiechnął.
     Autko było sportowe, nie za duże, ale cholera, podobało mi się. Takie samochody to ja lubię.
     – Więc do dzieła – nakazałam mu, odeszłam kilka kroków i stanęłam do niego tyłem, oglądając paznokcie. Bo moje paznokcie były taaaakie interesujące.
     – A ty co, Chambers? Ja mam wykonać całą robotę? – prychnął.
     – Jesteś facetem czy laską? – zaczęłam kpiąco, odwracając tylko głowę. – Bo jak na razie to bardziej przypominasz mi laskę.
     – Suka – mruknął pod nosem i zabrał się do roboty.
     Zajebiście. Podoba mi się przezwisko „suka”. Byle nie dziwka, bo dziwką akurat nie jestem. Tak myślę.
     Po kilku chwilach Pantera warknął:
     – Wsiadaj. Już.
     Obyło się bez tłuczenia szyb. Bardzo dobrze, gdyż szkoda by było niszczyć takie piękne autko.
     Kiedy wsiadłam, Zayn akurat odpalał silnik. I odjechaliśmy z piskiem opon. Odłożyłam patelnię tak, żeby mi zbytnio nie przeszkadzała.
     – Zajebiście – powiedział z błyszczącymi oczami. – Naprawdę zajebiście.
     Uhu, fura mu się podobała.
     Nie rozmawialiśmy ze sobą. Malik znalazł w schowku jakieś okulary przeciwsłoneczne i je założył. Nawet mu pasowały.
    Po jakimś czasie dotarliśmy do Atlanty. Och, Atlanta… Stąd do Nowego Yorku samochodem jedzie się gdzieś… 13 godzin? Coś koło tego. A do Los Angeles? Jakieś 30! Nie no, ja zwariuję. Tyle czasu z Panterą sam na sam… Zwariuję jak nic.
     – Szukaj jakiegoś centrum handlowego, czy coś – powiedział Zayn.
     To był bardzo dobry pomysł, szkoda, że nie ja nie niego wpadłam. A wydawał się taki oczywisty.
     – Dużo mamy pieniędzy? – spytałam.
     – Trochę. – Malik uniósł jeden kącik ust w półuśmiechu. – Zawsze możemy coś ukraść. Zaświecisz cyckami i wszystko będzie nasze.
     – Mogę się założyć, że z chęcią byś pomacał moje cycki jeszcze raz, więc się nie odzywaj – odgryzłam się.
     – Nie przeczę. – Uśmiechnął się cwaniacko, ale nie spuszczał wzroku z drogi.
     Czy on właśnie mi powiedział, że z chęcią przespałby się ze mną jeszcze raz?
     Ciekawe…
     W końcu znaleźliśmy jakieś centrum handlowe, Atlanta przecież jest całkiem dużym miastem. Malik zaparkował nie swoim samochodem, ale szczerzył się zupełnie tak, jakby to auto należało do niego. Aż musiałam przewrócić oczami.
     – Zachowujesz się, jakbyś nigdy nie widział takiego samochodu na oczy – oznajmiłam mu szyderczo.
     – A ty, jakbyś pierwszy raz jechała takim drogim autem – rzucił zgryźliwie, nawiązując do tego, że jestem „służącą”. Ale on mnie denerwuje! Niedawno sam powiedział, że sam nie wierzy w to, że mogłabym komuś służyć, a cały czas do tego wraca. Wniosek nasuwa się więc tylko jeden: chce mnie wkurwić.
     Zresztą, jechałam już kiedyś takimi samochodami, a może nawet lepszymi. Chuj z niego.
     Wyrwałam mu trochę kasy z nie jego portfela i rzuciłam przez ramię:
     – Widzimy się za godzinę przed wejściem.
     – Wyrobisz się w godzinę? – Zatrzymał mnie jego kpiący ton.
     Odwróciłam się i zlustrowałam go wzrokiem.
     – Chyba ja powinnam ciebie o to spytać – stwierdziłam.
     Malik przewrócił oczami, a ja już więcej nie zajmowałam sobie nim głowy. Weszłam do centrum handlowego i od razu zostałam przytłoczona przez tłok. Nienawidzę centrów handlowych. I w dodatku jestem głodna. Zresztą, jakżeby inaczej? Zostałam porwana, nie karmili mnie tam za dobrze. Wypadałoby coś zjeść.
     – Na co się gapicie? – warknęłam do jakichś lasek, które bezczelnie mierzyły mnie wzrokiem.
     To był więc znak, że jedzenie musi poczekać. Moje ubrania chyba przyciągały zbyt dużo uwagi. Dobrze, że przynajmniej nie ma przy mnie Pantery. Dzięki temu jest szansa na miłe spędzenie godziny. I zajebiście.
     Chodziłam po sklepach i wybrałam dla siebie trochę ubrań. Na czas dotarcia do Los Angeles powinny mi wystarczyć. Następnie udałam się do łazienki i przebrałam się. No. Teraz to przynajmniej wyglądałam jak człowiek.
     Wtedy zaburczało mi w brzuchu, aż jakaś starsza pani na mnie spojrzała. Boże, jaka ja byłam głodna. Czym prędzej skierowałam się do jakiegoś fast fooda. Wypadło na Mc Donalda. Zamówiłam jedzenie i usiadłam przy jednym ze stolików. Jakie to pyszne.
     Za mną co chwila rozlegały się dzikie śmiechy i bardzo mnie to drażniło. Jedna z tamtejszych rżała jak koń i mówię tu całkowicie poważnie. Gdyby wziąć konia i tę dziewczynę, nie można by było odróżnić, które jest koniem, a które dziewczyną.
     W końcu odwróciłam się przez ramię i objęłam spojrzeniem całą tę kilkuosobową grupę. Nie zdążyłam im się jednak przyjrzeć, ponieważ przed sobą usłyszałam zgrzyt odsuwanego krzesła i to całkowicie pochłonęło moją uwagę. Uniosłam brwi z zaskoczenia, kiedy Malik opadł na krzesło razem z tacą z jedzeniem. Miał czapkę z daszkiem na głowie.
     – Nie pomyliły ci się stoliki, czy coś? – spytałam z cały czas uniesionymi brwiami.
   – Jest problem – wyznał prosto z mostu, a powiedział to tak tajemniczym tonem, że mimowolnie mnie zainteresował. Włożyłam frytkę do ust i zaczęłam się na niego patrzeć wymownie.
     – Są tu – rzekł krótko. Zesztywniałam na moment, ale szybko odzyskałam rezon.
     – Co… – wyjąkałam i odchrząknęłam. – Jak? Atlanta to duże miasto. To niemożliwe, żeby sprawdzali akurat to centrum handlowe.
     – Wydaje mi się, że mogą sprawdzać każde centrum handlowe – mruknął. – To było dość lekkomyślne z naszej strony.
     – Mówisz?
     – Zamknij się, Amber – rzucił błyskawicznie.
     Przez chwilę nie odzywaliśmy się do siebie, tylko w ciszy konsumowaliśmy posiłek. „Cisza” była jednak pojęciem względnym, ponieważ wkoło nas panował ruch i hałas.
     Nagle Malik nasunął czapkę bardziej na oczy i osunął się na krześle.
     – Nie odwracaj się – wycedził przez zęby.
     Zachowywałam się naturalnie, a przynajmniej taką miałam nadzieję.
   – W sumie dlaczego oni nas szukają? – zapytałam. – No jasne, porwali nas, a my uciekliśmy, ale Peterson już chyba domyślił się, że niczego od ciebie nie usłyszy.
     – Wydaje mi się, że chodzi mu o tę kryjówkę – odpowiedział Pantera. – I tak by nas zabił, i nie pozostawiłby świadków, a tak ma ich aż dwóch.
     Za mną znów rozległ się dziki śmiech, ale ja tylko zacisnęłam zęby. To nie był czas na wdawanie się w takie bezsensowne kłótnie. W spokoju obydwoje dokończyliśmy posiłek, a potem pospiesznie wstaliśmy i niby spokojnym, ale jednak niecierpliwym krokiem ruszyliśmy w stronę wyjścia. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, mogłam normalnie odetchnąć i jednocześnie zaczerpnąć świeżego powietrza. Tak, tego mi było trzeba. Malik zabiera mi cały tlen, złodziej jeden.
     – Porzucamy audi? – spytałam.
     Pantera spojrzał na mnie jak na kosmitkę, co było odpowiedzią samą w sobie.
     – No ja nie mogę, czy to Phoebe Chamberlain? – spytał jakiś głos gdzieś po mojej lewej. Ooo. Niedobrze. Ktoś tu użył mojego prawdziwego nazwiska.
     Odwróciłam się w tamtą stronę i dostrzegłam średniego wzrostu chłopaka w czarnych ciuchach. Miał raczej nie po kolei w głowie, bo na dworze grzało słońce.
     – Czy my się znamy? – Posłałam mu krzywe spojrzenie.
     – Ja cię znam – odrzekł i założył ręce na piersi. – Ale ciebie każdy zna.
     Nagle zaczęła mnie bardzo, ale to bardzo irytować obecność Pantery za moimi plecami. Ten facet prawdopodobnie jest z Nowego Yorku, a Malik nie powinien słyszeć, co on mówi.
     – Wybacz, ale dziś nie rozdaję autografów. – Zrobiłam odganiający ruch ręką i odwróciłam się z zamiarem odejścia. Malik patrzył na mnie wymownie. Jakby chciał wytłumaczenia.
     – Hej, Dewey, chcesz wiedzieć, kogo spotkałem? – krzyknął ten gościu, a ja momentalnie znów stałam twarzą do niego.
     Co tu się dzieje? Jaki Dewey? To całkiem popularne nazwisko, pewnie chodzi o kogoś innego.
     Nie wiem nawet skąd, ale skądś wyszła jakaś grupka ludzi. Wśród nich był pierdolony Andrew Dewey i ta zdzira, z którą pokazywał się na filmiku. Oprócz nich jeszcze kilka innych osób. Aha, jego nowa paczka?
     Kiedy mnie zobaczył, zatrzymał się w pół kroku i wyglądał, jakby miał zamiar uciec.
     – Amber, nie mamy czasu – warknął Pantera za moim plecami. – Co tu się w ogóle dzieje?
     – Zamknij się, to nie twoja sprawa – syknęłam na niego, nawet na niego nie patrząc.
     – Nowy przyjaciel? – Ten chuj, który mnie zagadał, wtrącił bezczelnie.
     – Nie ja jestem tu osobą, która ma nowych przyjaciół – rzuciłam jadowicie, patrząc wprost na Dewey’a.
     Razem ze swoją paczką podszedł do mnie. Całkiem blisko. Ach tak, teraz kojarzyłam niektórych! Chodziłam z nimi do szkoły. I pewnie byłam z nimi na niejednej imprezie.
     – Wycieczka do Atlanty, tak Andy? – spytałam, zakładając ręce na piersi.
     – Phoebe, ja… – Mój kochany zdradziecki przyjaciel przeczesał dłońmi włosy. – Co ty tu robisz?
     Parsknęłam śmiechem.
     – Teraz to już nie twoja sprawa – warknęłam. – Nowi przyjaciele, tak?
     Andy przygryzł dolną wargę.
     – To nie tak… – zaczął się bronić. – Wszystko rozumiesz nie tak jak trzeba.
     Postąpiłam krok w jego stronę.
     – Jesteś pierdolonym zdrajcą – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
     – Proszę cię…
     – Amber – syknął Pantera za moimi plecami.
     – Weź siedź, kurwa, cicho.
     – Nie powiedziałaś mu, jak masz na imię? – Andy uśmiechnął się krzywo i uniósł wysoko brwi. – Typowe. – Na rękę mu była zmiana tematu. Wychylił się zza mnie. – Ma na imię Phoebe.
     – On to wie, idioto. – Przewróciłam oczami.
     – Szybko sobie znalazłaś pocieszenie – zarzucił mi.
     Normalnie mnie zatkało. Zacisnęłam pięści i z trudem powstrzymywałam się przed ciosem.
     – Masz tupet, Andy. Masz wielki tupet. – Zmrużyłam oczy. – I nigdy nie wiedziałeś, z jakimi osobami lepiej nie zadzierać.
     Zmierzył mnie spojrzeniem, jakby oceniał w jakim stopniu go nienawidzę.
     – Doskonale wiem, co robię. – Odsunął się ode mnie trochę i założył ręce na piersi. Stał się bardziej pewny siebie, a jego postawa wyrażała sprzeciw.
     Co się z nami, kurwa, stało? Kiedyś najlepsi przyjaciele, a teraz co? Zaraz zaczniemy skakać sobie do gardeł, bo Dewey mnie nie uspokoi. Nie, jest wręcz przeciwnie. On sam się nakręca.
     – Nie wydaje mi się. – Również założyłam ręce na piersi.
     – Znowu to robisz, znowu próbujesz mnie kontrolować – wyznał sfrustrowany i przeczesał palcami włosy.
     – Że co proszę? – Zamrugałam powiekami kilkakrotnie. – Nigdy nie chciałam cię kontrolować.
     – Ależ chciałaś. Zawsze taka byłaś. Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle z tobą przebywałem i to nawet po tym, co się stało! – podniósł lekko głos, a mnie tak zabolały jego słowa, że sama w sobie podsyciłam ogień wściekłości, czego zwykle nie robię, bo inni doskonale robią to za mnie.
     – Ach tak? – warknęłam, przybierając kpiący ton i zdusiłam ból w sercu. – A więc może tobie też każę wypłynąć na środek oceanu podczas sztormu?
     Andy zamarł, a ja poszłam w jego ślady chwilę po tym.
     O kurwa…
     Kurwa jebana mać, czasem naprawdę mówię, nie konsultując tego z mózgiem.
     Nie miałam prawa… Nie miałam cholernego prawa do wypowiedzenia tych słów, choćby nie wiem co!
     – Co… co powiedziałaś? – wyszeptał, a jego oczy napełniły się odrzuceniem, choć starał się to ukryć.
     Boże, pozwoliłabym na jeszcze tysiąc zdrad w jego wykonaniu, byleby tylko cofnąć te słowa…
     – Andy, ja… – powiedziałam również szeptem, na kilka sekund zapominając o obecności Pantery i tych innych ludzi. Chciałam chwycić Dewey’a za ramię, ale on odsunął się, ostatni raz na mnie spojrzał, odwrócił się i odszedł. Po prostu odszedł.
     – Amber, do cholery! – krzyknął Malik, przywracając mnie do świata żywych.
     Teraz chyba już naprawdę straciłam przyjaciela. Zamknęłam oczy, wplątałam dłonie we włosy i mocno za nie pociągnęłam.
     Idiotka!    
     – Chambers! – Pantera stanął przede mną i potrząsnął mną. – Jeśli nie ruszysz się za trzy sekundy, zostawię cię tu.
     Paczka Andy’ego również się odwróciła i odeszła.
     Otworzyłam oczy, wypuściłam powietrze ze świstem i warknęłam do Zayn’a:
     – Idziemy.
     Zapakowaliśmy się do naszego świetnego samochodu i ruszyliśmy.
     – Co to było? – spytał w końcu Pantera.
     – Nie twój pierdolony interes – syknęłam.
     – Co to za Andy? Kim oni byli? – zapytał znów, jakby nie usłyszał mojej odpowiedzi.
     – Zamknij się, dobra? Po prostu się, kurwa, zamknij – rozkazałam mu.
    – I w końcu mam mówić na ciebie Chambers czy może Chamberlain? – dodał, uśmiechając się kpiąco.
     – Czego nie rozumiesz w słowach: „zamknij się, kurwa”?
     – Ty coś ukrywasz.
     – No patrz, dołączyłam do twojej jednoosobowej drużyny. Witamy w tajemnicach.
     – Wkurwiająca jak zawsze – mruknął pod nosem i założył okulary przeciwsłoneczne.
     I w końcu się zamknął.
     Oparłam głowę o szybę i zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki oddech. Pewnie jeszcze da się to naprawić. Musimy się spotkać, na spokojnie i wszystko będzie jak dawniej. Wszystko będzie jak dawniej…
     – Kurwa – przeklął Malik cicho pod nosem.
     Od razu się ożywiłam.
     – Co jest? – spytałam, mrużąc oczy i lustrując okolicę przed nami.
     – Są za nami – warknął. – Widzę tam sługi Petersona.
     – Wiedzą, że tu jesteśmy? – zapytałam znów, tym razem z powątpiewaniem.
     – Nie mam pojęcia, ale po co ryzykować? Zgubimy ich i zmienimy auto.
     Pantera westchnął.
     – Wybierzesz równie świetne autko i znów będziesz podekscytowany. – Przewróciłam oczami. Będzie mu trudno rozstać się z samochodem, który nawet nie należy do niego.
     – Takie audi jest tylko jedno – rzekł. – Zresztą, tym razem nie możemy wybierać niczego rzucającego się w oczy. Oni się tego spodziewają.
     Parsknęłam śmiechem, słysząc delikatną nutkę smutku w jego głosie.
     To naprawdę było komiczne.
     Na razie nadal przebywaliśmy na głównych ulicach Atlanty. Powinniśmy jednak zmierzać już powoli na zachód. Czeka nas droga przez pustynie. Kiedy już się tam zapuścimy, minie sporo czasu, zanim znowu znajdziemy się w mieście.
     – Skręć w lewo! – syknęłam do niego, a on, o dziwo, mnie posłuchał. – Teraz w prawo, szybko!
     Samochód za nami zrobił to samo, co my. Cholera. Niech to, kurwa, szlag.
     – Musimy go zgubić.
     – Dzięki za instrukcje – zironizował.
     – Oni nie mogą nas złapać.
     – Jestem niemal pewien, że gdy nas złapią, to nas zabiją – przypomniał mi. – Więc też nie za bardzo odpowiada mi los złapanego.
     – Ale ja lubię swoje życie – mruknęłam.
     – A ja może swojego nie lubię? – prychnął. – Wolność, imprezy i seks, moje życie jest cudowne.
     – Nie musisz mi o nim opowiadać. – Przewróciłam oczami, chociaż z chęcią posłuchałabym o jego życiu. Intryguje mnie jego tajemniczość i chcę ją odkryć. Chcę go kompletnie obnażyć i to nie tylko w sensie psychicznym.
     Jezu, Phoebe, to nie czas na takie przemyślenia.
     Malik przyspieszał. Samochód za nami nie odpuszczał, ale był wolniejszy niż nasze sportowe audi. To my mieliśmy przewagę. Po chwili błądzenia po uliczkach, uciekliśmy im. Wjechaliśmy na podwórko jakiejś kamienicy i tam ukryliśmy auto.
     – I co? Znajdujemy nowe autko i zapieprzamy na pustynię? Czy czekamy w Atlancie? – myślałam na głos.
     – Czekanie będzie zbyt ryzykowne – odparł wolno Pantera i przeczesał ręką włosy.
     – A więc chodź – rzekłam do niego i wmieszałam się w ludzi spacerujących po chodnikach. Malik dotrzymał mi kroku i razem zmierzaliśmy w bliżej nieokreślona stronę.
     – Ej, widzisz tego starego ciemnego nissana? – spytał ciemnowłosy, wskazując na auto dyskretnie. Kiwnęłam głową. – Będzie idealny.
     Nie wyróżnia się z tłumu, a to już coś.
     Malik więc przeszedł na drugą stronę ulicy i podszedł do samochodu, jakby to był jego. Zaglądnął do środka, upewniając się, czy nie ma alarmu, ale wydawało mi się, że nie było. I miałam rację. W ciągu minuty, może dwóch, siedzieliśmy w środku naszego nowego pojazdu.
     – No. I jest zajebiście.
     Westchnęłam. Nie za bardzo było „zajebiście”. Właśnie wjeżdżaliśmy na pustynię. Co jest w tym „zajebistego”? Bo na pewno nie ta ogromna ilość czasu, jaką będziemy musieli wytrzymać ze sobą.
     Przynajmniej nie ma tu dziecka irytującego.
     Bo w każdej sytuacji należy widzieć jakieś pozytywy. A ja jestem cholernie optymistyczną osobą, nieprawdaż?
________________________________________

Jeeej, właśnie zaczęłam ferie! :D To jednak nie oznacza, że rozdziały będą się pojawiać jakoś częściej. ;d Właściwie to mogą się pojawiać nawet rzadziej niż do tej pory... Mam już napisany na zapas czternasty rozdział, ale piętnastego nawet jeszcze nie ruszyłam i nie wiem, kiedy będę miała ochotę go ruszać...


Polecam:

I jestem głodna. ;/ Chyba pójdę sobie coś zjeść...
Pozdrawiam!
Meredith :)

9 komentarzy:

  1. Rozdział dla mnie? Aż mi się ciepło na serduszku zrobiło! Dziękuję :*
    No a teraz moja opinia... wiem że powinnam spodziewać się niespodziewanego bo ten blog jest wyjątkowy i nigdy nie wiadomo czym nas zaskoczysz ale konfrontacji z Dewey'nem to ja się nie spodziewałam :D ale i tak najbardziej podobała mi się "akcja z cyckami" widać że kobieta umie sb radzić w trudnych sytuacjach :P
    Ogólnie to cały blog jest wspaniały, kapitalny, super, obłędny, bombowy, fajny, ekstra, rewelacyjny, wdechowy, szałowy, odjazdowy, odlotowy, wystrzałowy, bajerancki i zdecydowanie bardziej wciągający niż nauka niemieckiego (którym swoja droga powinnam się zająć) a Ty jest po prosu zajebista i cholernie zazdroszczę Ci takiego talentu :* Wgl mam nadzieję że będziesz miała nagły przypływ chęci i czasu i napiszesz całe mnóstwo rozdziałów <3
    życzę udanych ferii ja niestety swoje właśnie kończę :/
    i jeszcze raz Wielkie dzięki za dedykację gdybym mogla to bym cię wyściskała <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Super rozdział, nie spodziewałam się spotkania z Andym i jeszcze teraz ta pustynia hahah. Świetny blog strasznie wciągający <3 Olls :***

    OdpowiedzUsuń
  3. Prosze o wiecej jestes cudowna <3
    jestem ciekawa o co chodzilo z tym wyplynieciem podczas sztormu hm no nic przykro troche ze miedzy Andym a Pheobe tak sie popsulo :( czekam z niecierpliwoscia na next, weny :*

    OdpowiedzUsuń
  4. boże, to opowiadanie wywołało we mnie podobne emocje co youngloovers.blogspot.com ( moze znasz, a jak nie to zajrzyj) bardzo twoje opowiadanie mną ruszyło !!! nie mogę wydobyć z siebie wielu słów, zabiłaś mnie tą historią! czekam na rozwinięcie

    OdpowiedzUsuń
  5. Twój blog został nominowany do Liebster Awards!
    Gratulacje!
    Wszystkie informacje znajdziesz na
    http://fanfiction-hell.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Twój blog został nominowany do Liebster Awards!
    Gratulacje!
    Wszystkie informacje znajdziesz na
    http://cover-up-inside-ff.blogspot.com/2015/03/liebster-awards.html

    OdpowiedzUsuń
  7. Rozdział genialny jak zawsze.
    Oj Andy, Andy... podpadasz mi.
    No zobaczymy co dalej będzie
    się działo z naszą
    (nie)słodziutką parą <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękny! Nic dodać, nic ująć. Przeczytałam dzisiaj całość jednym tchem i jestem zachwycona! W końcu normalna bohaterka, która ma swoje zdanie i charakterek oraz nie boi się pokazać pazurków, a nie jakaś cicha, zastraszona panienka, nie mająca własnego zdania i rycząca trzy razy w jednym rozdziale :) Pozdrawiam i życzę dużo, dużo weny bo na pewno tu wrócę! K. :)

    OdpowiedzUsuń