sobota, 3 stycznia 2015

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

     Kilka następnych dni było podobnych, tylko Andy jakoś mnie unikał… Niby telefony odbierał, ale mówił mi, że nie ma czasu albo rozmawiał krótko i nawet się ze mną nie droczył… Mam coraz gorsze przeczucia.
     – Hej, idioto – powiedziałam, wchodząc do pokoju Ryana. On sam siedział z laptopem na kolanach… Co za frajer... Jemu to pozwolili. Oczywiście, a jakżeby inaczej? – Musisz mi coś powiedzieć.
     – Idź sobie – mruknął, nie zaszczycając mnie nawet jednym spojrzeniem.
     – Kiedy do ciebie mówię, to chociaż na mnie spójrz, chuju jeden – warknęłam.
     Cholerny brat przyrodni westchnął teatralnie i odłożył komputer na bok, jakby mi łaskę robił. Zacisnęłam usta w wąską kreskę.
     – No?
     – Widziałeś może w te wakacje Andy’ego?
     Muszę się tego dowiedzieć, inaczej zwariuję.
  Idiota Ryan uśmiechnął się podejrzanie i wygodniej się rozsiadł. Zmrużyłam oczy, zastanawiając się, co jest grane.
     – Dobrze, że mi przypomniałaś – zaczął, a mi dreszcz przeszedł po plecach.
     – A tylko spróbuj kłamać – zagroziłam mu. – Urwę ci chuja, a wiesz, że jestem do tego zdolna.
     Brat przyrodni zrobił zabawną minę. Pewnie właśnie zastanawiał się, jakby życie wyglądało, gdyby nie miał kutasa. I chyba nie spodobała mu się ta myśl. To dobrze.
     – Widziałem go – oznajmił. – Wejdź na Twittera, a wszystkiego się dowiesz. Wstawił tam mnóstwo filmików. – Przewrócił oczami.
     – Zajebiście śmieszne – syknęłam. Przecież nie wzięłam z sobą laptopa, gdyż mi go odebrano jeszcze w NY, a ten sukinsyn dobrze o tym wie.
     – Prowadził się z jakąś laską – dodał.
     – Co? Z jaką? – Myślałam, że serce to mi zaraz wyskoczy z klatki piersiowej.
     – A bo ja wiem? – Ryan wzruszył ramionami. – Widziałem go z nią tylko raz. Ładna była, chętnie bym–
     – Daruj takie szczegóły – warknęłam.
     – No więc wyglądali, jakby dobrze się bawili – zakończył i z powrotem położył swój komputer na kolanach. – A teraz wynocha.
     Bez żadnego komentarza wyszłam stamtąd. Założyłam, że pierdolony brat przyrodni nie skłamał. Ok. Andy spędza czas z kimś innym niż ja. Co z w tym złego? Przecież nigdzie nie ma zasady oznajmiającej, że można mieć tylko jednego najlepszego przyjaciela, czyż nie?
     – Anderson – rzekłam grubiańsko, wpadając gwałtownie do pokoju wrednej małpy. Bez pukania, oczywiście. – Dawaj komputer.
     – Co? Z jakiej to niby racji? – Dziecko irytujące prychnęło.
     Dziś w ogóle był jakiś zamulony dzień – nikt właściwie nie wychodził z pokoi, a ja nie do końca orientowałam się, dlaczego. Może to przez to lekko zachmurzone niebo… Taaa…
     – Przecież go nie zjem. – Przewróciłam oczami.
     Musiałam zobaczyć te filmiki. Zazdrość tak mnie zżerała, że myślałam, iż zaraz wybuchnę. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie czułam.
     – Jej, spokojnie – rzekła mała paskuda. – Na biurku leży laptop.
     Wzięłam go i zaczęłam biec do siebie. Na zakręcie zderzyłam się z kimś i o mało co nie upuściłam urządzenia Nicole. Tego by mi jeszcze brakowało – zepsutego, drogiego w cholerę sprzętu panienki Anderson.
     – Uważaj, jak leziesz, pacanie pieprzony – syknęłam, po czym zorientowałam się, na kogo wpadłam. Nie no, świetnie. Znów pieprzony Pantera. Niech idzie w cholerę, mam go dość.
     – Znowu taka agresywna – oznajmił, uśmiechając się z pogardą.
     Ten brak szacunku z jego strony naprawdę działał mi na nerwy. Taa… A co mi nie działa na nerwy?
     – Pierdol się, Malik – odparłam szyderczo i już w spokoju dotarłam do mojego pseudo pokoju.
     Natychmiast zalogowałam się na Twittera i okazało się, że przez te niecałe dwa tygodnie nieobecności zrobiło mi się tyle zaległości, że wolałam o tym nie myśleć.
     Wtedy dostrzegłam pierwszy filmik od Andy’ego.
     Włączyłam go.
   On. Zawsze taki sam – pozytywnie uśmiechnięty, optymistyczny, inteligentny. I ta dziewczyna. Szatynka, wysoka, wyższa ode mnie. Miała równie pogodny uśmiech, co on. Nie miałam pojęcia, kim może być.
     Wplątałam dłonie we włosy i zaczęłam mocno ciągnąć przy końcówkach.
   Nie wiem, czy mieli jakiegoś operatora kamery, ale podejrzewałam, że chyba tak. Znajdowali się gdzieś w jakimś parku, stopniowo robiło się ciemno. Dotarli nad jakąś zajebistą fontannę, która dodatkowo świeciła (wprost uwielbiam świecące fontanny – i to NIE jest sarkazm).
     Kilkoro ludzi już bawiło się między wodą i Andy postanowił do nich dołączyć. Z szeroko otwartymi oczami obserwowałam to wszystko. Wbiegł do środka, a ta zdzira zaraz za nim. Śmiali się radośnie. Złapali się za ręce i zaczęli tańczyć, a potem Andy pośliznął się i oboje się przewrócili.
     Mocniej pociągnęłam się za włosy.
     – Jest świetnie! – wykrzyknął mój przyjaciel do kamery i filmik się skończył.
     To przecież nic, Phoebe Samantho Chamberlain. To nic. On tylko znalazł sobie zastępstwo za ciebie. To nic. Bawi się świetnie z kimś innym i z kimś innym robi różne świetne rzeczy. To nic. To. Kurwa. Nic.
     Zaczęłam wciągać łapczywie powietrze, gdy zdałam sobie sprawę, że pod powiekami zbierają mi się łzy. Ja nie płaczę. Nigdy.
     Ale żeby się zdołować, włączyłam kolejny filmik, nagrany dzień temu. Najnowszy.
     Rysowali na deptaku, nad oceanem. Rysowali. Rysunki 3D. Rysowali pieprzone rysunki 3D.
     Andy i ta zdzira rysowali!
     Zacisnęłam zęby. Wściekłość mieszała się z ogromnym smutkiem.
     Ja naprawdę zostałam zastąpiona.
  Rzuciłam ten laptop na łóżko (żeby miał miękko przy lądowaniu) i czułam, że nie powstrzymam tego pierdolonego płaczu. Musiałam przez to koniecznie wydostać się z domu. Pobiegłam więc. Z frustracji trzasnęłam drzwiami wyjściowymi i udałam się w kierunku plaży. Zbiegłam ze schodów, ściągając w między czasie buty. Dotarłam aż do portu, ale nie było tu prawie nikogo. Zaczęłam więc iść wgłąb oceanu, a wiatr coraz mocniej dął. Wtedy stwierdziłam, że lepiej będzie, jeśli usiądę, więc zrobiłam to na skałach, o które rozbijały się fale.
     I płakałam.
     Nienawidzę tego sukinsyna Dewey’a. To on mnie doprowadził do tego stanu, w którym nie mam nad sobą żadnej kontroli.
     Jak on mógł?
     Tą fontannę jeszcze mogłam przeboleć, ale to rysowanie…
     Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy…
     Chwyciłam w dłoń jakieś kamyczki i rzuciłam je do wody.
     Nienawidzę płakać. Czuję się wtedy jak mięczak i osoba bardzo słaba psychicznie.
     Idiotaidiotaidiotaidiota.
     Każdy ma jednak jakąś chwilę słabości w życiu. Każdy kiedyś się załamuje i nawet jeśli trwa to chwilę – taki moment, tak czy siak, zaistniał. Mój odbywa się właśnie teraz.
***
     Wróciłam dopiero wieczorem. Do tego czasu spacerowałam nad brzegiem morza, dostałam od sprzedawcy lodów gałkę tego przysmaku „na pocieszenie”. Chyba bardzo było po mnie widać, że coś mnie zdołowało. Wolałam jednak o tym nie myśleć. To nie był moment na wzięcie się w garść.
     Ten moment jednak nadszedł wraz z przekroczeniem progu willi.
     Od razu do moich uszu dotarły wesołe krzyki, śmiechy i jakieś inne pierdolone bzdury. Taa… Kiedy ja wyjątkowo nie mam ochoty na ironię (czyli jestem smutna; tak na marginesie nie lubię słowa „smutek”), wszyscy inni zajebiście dobrze się bawią.
     – Panienka Phoebe! – Na mój widok dziecko irytujące od razu wykrzyknęło. – Gdzie żeś się szwendała?! Pozwoliłam?
     Prychnęłam i jednocześnie przewróciłam oczami.
     – Powinnaś się już przyzwyczaić do tego, że ja działam, tak jak chcę – wyjaśniłam jej znów, uśmiechając  się szyderczo.
     Chyba powoli wracałam do formy. Moja głupia słaba chwila właśnie zaczęła się kończyć. Do diabła z sukinsynem Dewey’em. Niech sobie baluje z jakąś lalą. Ja mam tu… Panterę. Pantera to mój wierny towarzysz życiowy. Z nim też mogę porobić różne świetne rzeczy.
     Czujecie ten sarkazm?
     Jestem tak zajebiście zabawna, że aż skarpetki spadają…
     Jak na zawołanie tuż nad moją głową przeleciała skarpetka. WTF? Jestem jasnowidzem!
     Zachichotałam, już na dobre wprowadzając się w dobry humor.
     Co oni w ogóle tu wyprawiają? Jakiś dzień litowania się nad biednymi bogatymi?
     Paradoks!
     Jeeej, znam trudne słowo… Andy byłby dumny. Heh.
  – Totalnie was popierdoliło? – Uniosłam jedną brew do góry, gdy ze zgrozą zaobserwowałam, jak Anderson usiadła na plecy Tomlinsona i krzyknęła „Wio, koniku!”. – Tylko chwilę mnie nie ma, a wy już myślicie, że wszystko wam wolno?
     – Chyba pomyliły ci się role! – powiadomiła mnie wredna małpa. Ona na serio coś brała. Tak nie zachowuje się zdrowy na umyśle człowiek. – Ty jesteś służącą, nie opiekunką! Tobie, Phoebe, to wszystko trzeba przeliterowywać*.
     O dziwo, nawet się nie zdenerwowałam na tę uwagę. Mruknęłam tylko jakieś „oczywiście”.
     – A tak w ogóle, gdzie jest Segovia?
     – Nie po nazwisku – warknęła właśnie Becky, która nie wiadomo jakim cudem stała za mną. – Trochę szacunku.
     – Do ciebie? – Posłałam jej wymowne spojrzenie. – Nie, dzięki. Nie zasługujesz.
     – To ja tu jestem dorosła, gówniaro i szacunek mi się należy.
     – Taa… Psu kości też się należą, a jakoś nie zawsze je dostaje.
  - Ale z ciebie bezczelne dziecko – skwitowała kobieta, a ja stwierdziłam z wielkim zdumieniem, że Segovia nie jest pijana! Co prawda było jeszcze dość wcześnie…
     – Nie przesadzaj, nie jesteś aż taka stara – prychnęłam, a potem przyjrzałam się jej uważnie. – Chociaż…
     Pseudo opiekunka zabijała mnie wzrokiem. No patrzcie, a ja myślałam, że się polubimy. Zbyt podobne charaktery mamy, tak jak zauważyłam…
     – Już jestem! – krzyknęła od drzwi suka Tower.
     – No nie! A ciebie tu, kurwa, nikt nie zapraszał! – odparłam lekko niezadowolona i zniecierpliwiona. Nie miałam pojęcia, dlaczego jestem zniecierpliwiona. Chyba dostanę okres niedługo…
     – A ty nie w piwnicy? – spytała Harriet, ściągając kurteczkę. Było tak zajebiście zimno, że ta kurtka to normalnie zbawienie w taką pogodę. – Ach nie, przepraszam. Powinnam raczej spytać o strych.
     Uśmiechnęła się szyderczo, a ja zastanowiłam się, co ona pieprzy. Jakim cudem ona wie o strychu? Oprócz mnie znał tę informację przecież tylko ojciec (wiadomo) i Andy. Andy…
     – Słyszałam, że ciota cię opuścił. – Jej triumfalny uśmiech działał mi na nerwy. Bardzo. – Jakie to smutne.
     – Nie opuścił – zaprotestowałam twardo. Owszem, miałam ochotę go stłuc na kwaśne jabłko, ale… Andy to Andy. Choćby by największym sukinsynem.
     – Widzę, że ty nie w temacie – stwierdziła suka.  – Chyba nie jesteś na bieżąco z jego filmikami.
     Zazgrzytałam zębami. Jeśli ten chuj wspomniał coś o mnie… A przecież musiał wspomnieć, gdyż jakżeby inaczej Harriet się dowiedziała?
     – A weź się pierdol. – Machnęłam ręką i opuściłam to popieprzone towarzystwo. W cholerę z nimi wszystkimi.
     Znów zaczęłam rysować, starając się nie patrzeć na rysunek Malika. Gdyby nie to, że naprawdę ładnie mi wyszedł, wyrzuciłabym go. Jeszcze przez przypadek ktoś go zobaczy. To by było… Oni to by mi chyba żyć nie dali. A Pantera miałby kolejny powód do wyśmiewania mnie. Oczywiście.
     Tym razem wyszła mi jakaś dziewczyna siedząca na kamieniu przy strumyku. Okej… Ukazałam tylko jej plecy i dość długie włosy. Pierwszy raz narysowałam coś takiego. I wyszło mi całkiem nieźle. Co jak co, ale pod względem artystycznym ten wyjazd mi służy.
     Leżąc w łóżku, napastowały mnie myśli o Andy’m. Nie mogłam tego wytrzymać, miałam ochotę wyjąć sobie mózg, naprawdę. Ale to pewnie by bolało, więc nawet nie próbowałam (takie śmieszne). Zamiast tego wkradłam się do pokoju dziecka irytującego, które, swoją drogą, lekko chrapało, co mnie bardzo rozśmieszyło, ale wracając – zabrałam jej laptop. Zniecierpliwiona szybko przeszłam do siebie i otworzyłam komputer. W tempie błyskawicznym zalogowałam się na Twittera i kliknęłam w najnowszy filmik Andy’ego. Po jaką cholerę on w ogóle wstawia te filmiki? Pewnie ta szmata mu każe.
     Oboje siedzieli na jakiejś werandzie rodem z komedii romantycznych (jaka tandeta, w tle była nawet ławka bujana). I mówili do kamery.
     – Jako że niektórzy chcieliby się o nas więcej dowiedzieć, nagrywamy ten filmik – oznajmił Dewey. Mam wrażenie, że jak będę mu mówić po imieniu, to za dużo mu ofiaruję szacunku.
     – Tak, piszcie do nas pytania. Czekamy. – Zdzira uśmiechnęła się i wskazała na telefon w swojej dłoni. Uhuhu, czyli to była audycja na żywo? Ciekawe...
     – Jest pytanie numer jeden!
     I tak, trele srele, odpowiadali na kilka pytań typu: ulubiony kolor. Wszystko to o cholernym sukinsynie wiedziałam, a jakże. Tylko denerwowała mnie ta dziwka. Była taka naturalna, że aż głupio mi mówić na nią „dziwka”, ale jak mogę nazywać ją inaczej? Ona kradnie mi przyjaciela!
     – Czemu nie spotykasz się już z Phoebe? I gdzie ona jest? – przeczytał Dewey i przygryzł dolną wargę. Ojej, sukinsyn zaczął się denerwować i zaraz zacznie kłamać, gdyż właśnie w tym momencie jego mózg silił się na wiarygodną, acz nieprawdziwą odpowiedź.
     Kurwa, denerwuje mnie to, że aż tak dobrze go znam.
     – Jaka Phoebe? – spytała zdzira.
     Aż otworzyłam usta ze zdziwienia, a chwilę potem zacisnęłam dłoń w pięść. Ogarnęła mnie wściekłość. Ten chuj pierdolony jej o mnie nie powiedział! Co za jebany skurwysyn!
     – To taka jedna – oznajmił i przeczesał palcami włosami.
     Taka jedna? Zajebiście. Po. Prostu. Zajebiście.
     – Więc jaka jest odpowiedź? – przeczytała dziwka i spojrzała z ukosa na chłopaka.
     – Phoebe wyjechała, nie ma jej w mieście – odpowiedział.
     Tak, na razie mnie nie ma, ale czekaj aż tylko wrócę, chuju. Tylko poczekaj.
     – Pokłóciliście się? – Znów pytanie od jakiegoś gościa z internetu.
     Dewey wzruszył ramionami i znów przygryzł dolną wargę. Ojej, jak mi cię jest szkoda, zdrajco. Tak bardzo mi cię żal, że chyba pójdę do piwnicy i się potnę z tego współczucia.
     – Powiedz nam coś o niej, czego nikt nie wie – powiedziała zdzira, śledząc literki w telefonie.
     – Co? – wykrztusił Dewey i starał się ukryć przerażenie.
     Co się stało w tym pieprzonym Nowym Yorku? Kim jest ta dziewczyna?
     – Skoro jej nie ma, nie przyjdzie i cię nie zabije, a po za tym przyjaźnicie się – suka czytała dalej. – A bardzo dużo ludzi jest ciekawych, czy ona coś ukrywa.
     Niech ja się tylko dowiem, kto zadaje te pytania. Powieszę go za gacie na pomniku przed szkołą razem z Andy’m.
     – No nie wiem…
     – No dalej. To nic takiego. Możesz nam, na przykład, powiedzieć, czego ona się boi?
     Dewey po raz kolejny przygryzł dolną wargę, ale widziałam, jak się poddał. Sukinsyn powie prawdę.
     – Phoebe, ona… – Nie patrzył na kamerę, tylko gdzieś w bok. Wiedział, że jest zdrajcą. – Boi się strychów. Kiedy była mała, została na nim zamknięta na noc przez swojego kuzyna, który przygotował tam dla niej kilka niespodzianek. Duchy i te sprawy. Phoebe do tej pory ma uraz.
     Zazgrzytałam zębami. Jak ten skurwysyn może?! Czy to zemsta?! To na pewno zemsta! Cwaniak, tak długo udawał, że mnie lubi, a teraz wyszło szydło z worka. Długo jednak czekał na ten moment. Niech jeszcze rzuci na mnie oskarżenie co do tamtego wydarzenia i będę pewna, że Andrew Dewey zawsze mnie nienawidził.
     Na filmiku już więcej jednak o mnie się nie zeszło. Wyłączyłam więc laptop i odniosłam go do pokoju wrednej małpy, by ta nie zorientowała się, że go ruszałam. Buzowałam jednak różnymi emocjami, w których na pewno dominowała wściekłość. Musiałam się uspokoić lub wyżyć.
     Tym razem postawiłam na uspokojenie się.
     Udałam się do kuchni, bo tam będę mogła coś zjeść czy wypić, a jestem pewna, że to mi pomoże.
     Zapaliłam światło i o mało nie padłam na zawał, gdy dostrzegłam, że na blacie siedział Malik i wpierdalał czekoladę. Chyba warto wspomnieć, że miał na sobie tylko bokserki. Moja piżama, zresztą, również nie zakrywała mi zbyt dużo.
     – Co ty tu robisz? – warknął niezadowolony.
     – A ty?
     – Nie twoja pierdolona sprawa.
     – To zajebiście.
     Chyba oboje nie za bardzo byliśmy w humorze. Ciekawe, co mogło się stać; co wyprowadza z równowagi Malika (ale tak naprawdę)? Mnie, na przykład, wszystko wkurwia, ale to chwilowa złość.
     Stanęłam do niego tyłem i wypiłam szklankę wody. I kolejną. I jeszcze jedną. Chyba trochę ochłonęłam.
     – Co ty tyle pijesz?
     Odwróciłam się do niego twarzą i spojrzałam na niego z ukosa.
     – Co ty tyle jesz tej czekolady?
     Nie ma to jak nocne schadzki do kuchni.
     – Lubię czekoladę.
     – A ja lubię wodę.
     – Wkurwiasz mnie, Chambers.
     – No patrz.
     Zmrużył oczy i popatrzył na mnie groźnie. Taa… „groźnie”.
     – Czemu robisz minę niewinnej owieczki?
     Odczuwałam jakąś wewnętrzną potrzebę zdenerwowania go. Dodatkowo zlustrowałam go wzrokiem i musiałam stwierdzić, że mięśnie to on miał. Nie był jakoś super napakowany, ale podejrzewam, że zapewne ćwiczy.
     – Oj, Amber, ty lubisz igrać z losem – rzekł, posyłając mi spojrzenie pełne politowania, a potem przesunął wzrokiem nieco niżej i również przeskanował moje ciało, zatrzymując się chwilę dłużej na piersiach, oczywiście.                       
     – Dobranoc – rzekłam, nieco ironicznie. – Albo i nie – dodałam ciszej, ale myślę, że on to usłyszał.
     Skierowałam się do swojego pokoju i stwierdziłam, że nie jestem już taka wściekła. To zasługa wody czy Pantery?
     Ugh, nienawidzę tego pytania.


*Hah, to specjalnie zrobione, jako że dwunastoletnie dziecko (dodatkowo posądzone o branie narkotyków) nie zawsze mówi poprawnie. :D
_______________________________________

Przepraszam, że dodaję tak późno :( Nie zdążyłam Wam życzyć ani wesołych świąt, ani szczęśliwego Nowego Roku! ;o Więc teraz możecie to potraktować jako spóźnione życzenia: wesołych świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! :D
W ogóle, w tym rozdziale jest jakieś combo przekleństw xD Chyba tyle ich jeszcze nie było w jednym rozdziale... ;p 
W każdym razie, następny rozdział powinien być szybciej... Taa... Powinien...
ASK
Do napisania,
pozdrawiam,
Meredith xoxo

3 komentarze:

  1. boski, ale Andy chłopaku ogarnij się!! rozdział zajebisty - ale to wiesz - już sie nie mogę doczekać nexta - to też wiesz - weny i buziole ;**

    http://rock-god-fanfiction.blogspot.com/

    wfl-fanfiction.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uważam, że Andy powinien się ogarnąć! Biedna Phoebe, Andy jest jedynym człowiekiem, którego Phoebe tak naprawdę lubi, a on tak ją zdradza... No cóż, jeszcze się okaże, jak to wszystko się potoczy :D
      Dziękuję bardzo xoxo

      Usuń
  2. Andy to dupek . Jak można coś takiego zrobić.

    OdpowiedzUsuń