poniedziałek, 12 stycznia 2015

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

     Rankiem tradycyjnie musiałam przygotować dziecku irytującemu śniadanie. Potem kazała mi wyprać sobie ubrania, znów posprzątać w pokoju i zerwać dla niej z ogrodu bukiet kwiatów (?). Po cholerę miałam jej dawać bukiet kwiatów? Dla dowartościowania się?
     Także moje przedpołudnie było pracowite, a ten głupi Styles ze mnie szydził. Nienawidzę jego i tej roboty, nienawidzę też Anderson. Mogłaby dać sobie spokój, ale nie, oczywiście. Cały czas mnie męczy, wredna małpa.
     – Hej, Phoebe, idziemy na miasto! – krzyknął do mnie Niall, gdy leżałam sobie na zielonej trawce w ogrodzie. – Nareszcie! Idziesz z nami?!
     Już chciałam odpowiedzieć, że pewnie, ale coś mi się przypomniało. Nie wolno mi. Niech to, kurwa, szlag.
     – Niee! – odkrzyknęłam i usiadłam. Potem wstałam całkowicie, otrzepując się. Musiałam wypić choć trochę kawy. Chociaż odrobinę.
     – Nie idziesz na miasto, serio? – Już od progu zamęczył mnie głos Tomlinsona. – Jesteśmy w LA podczas wakacji.
     – No i co z tego? – Wzruszyłam ramionami, zaciskając szczękę.
     – Och, jak mi przykro, panienko. – Nicole zarzuciła swoimi rzekomo ładnymi włosami. – Tyle do zobaczenia.
     – Przecież mieszkam tu na stałe – przypomniałam im. Taa… Na stałe. Zarabiam na studia. Jasne. – Już to wszystko widziałam.
     – Ale jednak… my będziemy dobrze się bawić na mieście, a ty… będziesz siedziała w domu? – drążyła temat mała paskuda.
     – Pierdol się – warknęłam.
     – Taka przewidywalna – Pantera dorzucił swoje trzy grosze.
     – Weź się nie odzywaj – rozkazałam mu.
     – Kiedy coś ci się podoba, każesz wszystkim się pierdolić. To infantylne, nie uważasz? – rzekł, zupełnie, jakby nie słyszał mojej wypowiedzi. Och, ignoruje mnie? Zmrużyłam powieki i zlustrowałam go wzrokiem. Pieprzyć to, ale wyglądał dobrze.
     Zazgrzytałam zębami i postawiłam krok w jego stronę, przybliżając się do niego na odległość kilkunastu centymetrów.
     – Pierdol się – odparłam wolno i spokojnie, przeciągając lekko samogłoski.
     Odsunęłam się od niego i ruszyłam do kuchni. Uśmiechałam się pod nosem, starając się powstrzymać chichot. Zaczęłam sobie przyrządzać kawę, przez co zostałam skazana na towarzystwo Becky, która również coś piła. Być może też kawę, ale kto wie? Może to kamuflaż i tak naprawdę Segovia spożywa alkohol, nie chcąc się przyznawać do swojego uzależnienia?
     Gdzieś po piętnastu minutach wszyscy wyszli. I kiedy mówię wszyscy, mam wszystkich na myśli: Nicole, piątka gejów, Segovia i cholerny brat przyrodni. Dziecko irytujące i Ryan mieli wielką radość z tego, iż zostawałam w domu. Sadyści pierdoleni.
     Kiedy wypiłam swój napój i przegryzłam jakieś ciastko, wzięłam się za rysowanie, ale co chwila mój wzrok padał na okno i słońce oświetlające wszystko radośnie. Wściekałam się na ten widok i w końcu nie wytrzymałam, rzuciłam wszystko w cholerę.
     Przebrałam się szybko, zapakowałam kilka niezbędnych rzeczy do torby, udałam się na poszukiwanie klucza od budynku (Boże… nie wyobrażacie sobie nawet, jaki mi to sprawiło kłopot...), pozamykałam wszystko, klucz schowałam w ogrodzie, a instrukcje jak go znaleźć umieściłam w skrzynce pocztowej (to tak na wypadek, gdyby oni pierwsi wrócili – nie jestem aż taka wredna, by kazać im czekać nie wiadomo ile na dworze… ale mogłabym). A jeśli nie zajrzą do skrzynki – ich problem. Z wielkim uśmiechem na ustach poprawiłam pasek od torby, założyłam na nos okulary przeciwsłoneczne i za cel postawiłam sobie zdobycie miasta jakim jest Los Angeles.
          W dupie mam zakazy. Zrobię, jak będę chciała.
     Poza bramy tego osiedla dla snobów normalnie mnie wypuścili, nawet ochroniarz stróżujący nie patrzył na mnie, jakbym była podejrzana. To dobrze. To znaczy, że wyglądam na bogatą. Bardzo mi się to podoba.
     Wolałam się nie zastanawiać, jak wejdę z powrotem za bramę. Później będę się tym martwić.
     Złapałam taksówkę (kasę zabrałam z domu… moje oszczędności na czarną godzinę, a to była bardzo czarna godzina) i kazałam zawieść się do centrum.
     Kiedyś byłam już w LA, ale to jeszcze przed skończeniem ośmiu lat. Także nic nie pamiętam i jestem z tego zadowolona. Mogę wszystko odkrywać, a nie odtwarzać i chodzić w te miejsca, które już kiedyś widziałam. Lubię nowe sytuacje.
     Trochę zaszalałam. Chodziłam po jakichś sklepach, ale nic szczególnie nie kupowałam, bardziej oglądałam. Widziałam Aleję Gwiazd i ten zajebisty napis Hollywood. W końcu, zmęczona po zwiedzaniu, usiadłam przy jakiejś fontannie i odetchnęłam. LA jest zajebiste. Mogłabym tu mieszkać na stale. Jest tu bardziej… żywo niż w NY. Ale może mi się tak tylko wydaje, bo NY to dla mnie rutyna, a LA nie.
     Kupiłam sobie gałkę loda i wróciłam na swoje świetne miejsce przy fontannie. Ta taka mgiełka emanująca ze spadającej wody przyjemnie chłodziła mi skórę i choć na chwilę mogłam zapomnieć o upale.
     Zaczęłam się rozglądać. Byłam na jakiejś promenadzie, czy czymś takim. Ludzi było po prostu pełno, ale wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni. Wtedy mój wzrok padł na dwójkę dzieci – chłopca i dziewczynkę, może jedenastoletnich. Towarzyszył im jakiś starszy chłopak, coś tak w moim wieku. Cała trójka rysowała po asfalcie, a ja uśmiechnęłam się lekko na ten widok, ale zaraz potem opamiętałam się. Dewey to zdrajca i nie wolno mi dobrze o nim myśleć. Zaczęłam współczuć tej dziewczynce. Miałam ochotę do niej podejść i powiedzieć jej, by czym prędzej zostawiła tych dwóch, gdyż jeden z nich kiedyś ją zdradzi. Doszłam jednak do wniosku, że to by dziwne wyglądało, a poza tym, już widzę, jak to dziecko odpowiada „Dziękuję, że mnie uświadomiłaś! Dzięki tobie nie będę cierpieć…”. Taa…
     W skrócie mówiąc: poznałam Andy’ego, znaczy, Dewey’a dzięki rysowaniu. Rysował z bratem po asfalcie wśród spacerujących ludzi, rysunek 3d. A ja, zbłąkana, wścibska dziewuszka czekająca na tatę, wtrąciłam się. Nie lubiliśmy się z Andy’m. I to bardzo. A jaki był nasz szok, gdy we wrześniu spotkaliśmy się w szkole i to jeszcze w tej samej klasie!
     Moje rozmyślania o przeszłości, których w ogóle nie powinno być, przerwał pewien widok. A mianowicie widok pewnej wrednej małpy. Taaa… Dostrzegłam w oddali Nicole wraz z Louisem. Robili sobie zdjęcie. Nigdzie jednak nie widziałam reszty, co to znaczy? Rozdzielili się? Lepiej się stąd zmyję. Jakby mnie nigdy tu nie by–
     – Chambers?
     Zajebiście. Tak bardzo się zmyłam, że zostawiłam ślad.
     Odwróciłam się w stronę głosu, jak się okazało (w sumie nie musiałam patrzeć, żeby wiedzieć) należącego do Pantery.
     – Co ty tu robisz? – wypaliłam pierwsze, co mi przyszło do głowy.
     – A ty? – Spojrzał na mnie wymownie, unosząc jedną brew.
     – Nie twoja pierdolona sprawa – powtórzyłam jego słowa z nocy.
     – To zajebiście.
     Uśmiechnął się, unosząc tylko jeden kącik ust.
     Przez chwilę staliśmy naprzeciwko siebie w ciszy.
     – No więc?
     – Co?
     – Ja pierdole, jaka ty jesteś wkurwiająca, Amber.
     – Ty też jesteś, a jakoś nie powtarzam ci tego na każdym kroku.
     Malik westchnął i przewrócił oczami. Bezczelny, po prostu bezczelny.
     – Jaki widzisz sens w tym, że najpierw mówisz, że zostaniesz w domu, a potem jednak wychodzisz?
     – Kobieta zmienną jest – powiedziałam mu najoczywistszą rzecz na świecie, a on parsknął śmiechem.
     – Od kiedy jesteś kobietą?
     Tym razem to ja uniosłam brew.
     – Naprawdę, Malik? Tylko na tyle się stać? – Wyraźnie dałam mu do zrozumienia, że jestem nim zażenowana. – Z każdą chwilą wydajesz się być coraz mniej inteligentny.
     – A więc masz mnie za inteligentnego? – Uśmiechnął się diabolicznie i spojrzał na mnie tym swoim ciemnym wzrokiem, a ja zazgrzytałam zębami.
     – A weź się pierdol. – Machnęłam na niego ręką, po czym go ominęłam i zaczęłam iść w bliżej nieokreśloną stronę.
     – Oj, Amber, czyżbyś nie wiedziała, co mi odpowiedzieć? – Ten idiota szedł za mną, co naprawdę działało mi na nerwy. Poważnie, mógłby się pierdolić. Na dłuższą metę nie mogłabym z nim wytrzymać. Albo mnie wkurwia, albo pociąga, choć najczęściej czuję oba te zjawiska. O czym ja, do cholery, myślę?
     – Jesteś głupi czy tylko udajesz? – warknęłam, wchodząc do jakiegoś namiotu z ubraniami.
     – Raz jestem głupi, raz inteligentny. Zdecyduj się.
     Pantera śledził mnie cały czas i nie odstępował mnie na krok, nawet wtedy, gdy oglądałam ubrania.
     – Więc lubisz zakupy? – spytałam ostrożnie. W głowie zakiełkowała mi pewna teoria, która nigdy nie znalazła potwierdzenia, ale może teraz…?
     – Nie – odparł twardo. – Po prostu ci towarzyszę. Czemu mnie odrzucasz? Czuję się przez ciebie zraniony.
     – Jeśli chcesz mi towarzyszyć, musisz się przyzwyczaić do tego uczucia – mruknęłam, wybierając na oślep jakieś bluzki. Kierowałam się również w stronę przymierzalni, a stamtąd planowałam uciec od Malika, tak by on, oczywiście, mnie nie zauważył.
     – I vice versa.
     – Ale ja nie chcę ci towarzyszyć. Nigdzie. – Zerknęłam na niego. On gapił się na mnie nieustannie.
     – Jeszcze zobaczymy – uśmiechnął się tajemniczo.
     – Co? Co to ma znaczyć?
     – Nic. – Pantera wzruszył ramionami, a ja zmrużyłam oczy.
     – Idę do przymierzalni. – Wskazałam na ubrania w moich rękach. – A ty sobie idź.
     – Nie – odpowiedział z cwaniackim uśmieszkiem.
     – Idź do diabła.
     – To już nie mam się pierdolić?
     Jakaś staruszka niedaleko nas sapnęła na dźwięk przekleństwa, przez co prychnęłam, ale Malik o nic nie pytał, więc albo go to nie ciekawiło, albo wiedział, o co mi chodzi. Taa… Obstawiam to pierwsze.
     – To też – rzekłam, po czym weszłam do kabiny i zasunęłam zasłony.
     Dobra… Myśl, Phoebe, myśl! Jak stąd uciec? Usiadłam na stołku, przygryzając dolną wargę i wplątując sobie dłoń we włosy. Jezu, to niewykonalne. Jeśli Pantera będzie czyhać przed wejściem, nie ominę go, nawet w przebraniu. Kurczę, przecież to namiot! Ukucnęłam i sprawdziłam, czy zmieszczę się pod spodem, ale chyba było za mało miejsca. Wtedy usłyszałam, jak ktoś rozsuwa zasłonę i wstałam oburzona. Do mojej kabiny wszedł jakiś mężczyzna, a ja zmarszczyłam brwi na jego widok.
     – A pan co? Ślepy? – warknęłam. – Zajęte.
     Mężczyzna miał krótko obcięte włosy, a jego koszulka i szorty zostały uszyte w ciemnych kolorach. Na nosie miał okulary przeciwsłoneczne, a na moje słowa leniwie się uśmiechnął.
     – Wypieprzaj pan stąd – warknęłam znów, wściekając się.
     Ta sytuacja była mocno dziwna.
     Raptem dziwoląg przyłożył mi rękę do twarzy, trzymając w dłoni… szmatkę? O kurwa. O kurwa.
     Ciemność zbyt szybko pogrążyła mój mózg. Zbyt szybko.
     Kurwa.
***
  Obudził mnie ból głowy. Naprawdę potworny ból głowy. Kiedy już do końca oprzytomniałam, zrozumiałam dlaczego. Jechałam samochodem, miałam związane ręce i nogi, i ktoś mną chyba rzucił jak workiem z ziemniakami, przez co moja pozycja nie była zbyt… wygodna. Z każdą nierównością na drodze obijałam się głową o podłoże auta.
     Zdołałam usiąść i oparłam się o ścianę samochodu. Jechałam chyba jakąś furgonetką albo czymś takim… Panowały tu ciemności, niezbyt dużo światła dostawało się do środka. Moje oczy przyzwyczajały się do braku światła, a ja próbowałam jakoś poluźnić więzy, gdyż bardzo wżynały mi się w nadgarstki.
     – Kurwa – przeklęłam.
     – Myślałem, że w takiej sytuacji zaczniesz przeklinać trochę bardziej – usłyszałam gdzieś z wnętrza furgonetki..
     Naprzeciwko mnie, trochę na prawo siedział jakiś kształt. Po głosie poznałam, że to Malik.
     – Co kurwa? Co ty tu robisz? Też jesteś związany?
     – Nie, kurwa, tak sobie wybrałem się na przejażdżkę.
     – Daruj sobie tę pierdoloną ironię – warknęłam. – O co tu chodzi?
     – A bo ja wiem? Ktoś nas porwał.
     – Dzięki, geniuszu, masz jeszcze jakieś błyskotliwe uwagi?
     – Miało być bez sarkazmu – zauważył, a ja wyczułam w jego głosie rozbawienie.
   – Masz szczęście, że jestem związana, inaczej rozerwałabym cię na kawałki. – Zazgrzytałam zębami.
     Ani trochę nie podobała mi się ta sytuacja. Co to ma być? Kto nas porwał? Mnie się nie porywa. Nie i już. Niech tylko się stąd wydostanę.
     Przez chwilę panowała między nami cisza, a ja upewniłam się, że nikogo więcej tu już nie ma. Ale nie. Reszta ludzi musi siedzieć przy kierowcy w takim razie. I zabrali mi wszystko (czyli torbę). Co za pech!
     – Czemu porwali nas obydwoje? – spytałam.
     – A skąd mam to wiedzieć? – warknął Pantera. Czyli też nie podobała mu się ta sytuacja. Dobrze wiedzieć.
     – Jeśli to przeze mnie… – Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. – To musi być przeze mnie! Ale kto i po co? Coś z ojcem? Niemożliwe, to odpada. – Myślałam na głos. – Kurwa, czy to ten pierdolony gang? No jasne, nie chcieli bym handlowała dragami, to mnie porwali, chuje. Ale to w sumie nie miałoby sensu, bo po co przyjeżdża–
     – Możesz się zamknąć? – Zayn przerwał mi. – To nie jest przez ciebie. Ja mam problemy z nieodpowiednimi ludźmi.
     – Co to znaczy? – Uniosłam jedną brew i syknęłam, gdy liny wyjątkowo mocno wbiły mi się w skórę.
     Pantera westchnął.
     – Powiedzmy, że… ja i reszta chłopaków nie przyjechaliśmy do Los Angeles tylko z powodu wakacji – wyjaśnił.
     – Wiedziałam! – Musiałam to powiedzieć.
     – Chwila, handlowałaś narkotykami? – Malik zapytał znienacka.
     – Stare dzieje. Zresztą, nie powinno cię to dziwić.
     Potem znów zapanowała cisza.
     – Masz jakiś pomysł? – spytałam znów.
     – Nie.
     – Ja też nie.
     A za moment znów spytałam:
     – To co robimy? – Ależ upierdliwa się zrobiłam. Nigdy wcześniej nie byłam porwana. To pewnie dlatego.
     – My? – Pantera prychnął pogardliwie. – Jeśli uda mi się uciec, nie będę się na ciebie oglądał.
     – Jestem tu przez ciebie, choć nie wiem dlaczego, a ty jeszcze nie chcesz mnie stąd zabrać? – warknęłam. – Sukinsyn.
     – Życie jest bolesne, Amber.
     – Zajebiście. Ja też nie będę sobie zawracać tobą głowy – syknęłam.
     – Świetnie.
     – Świetnie.
     Nie odezwaliśmy się do siebie więcej. Miałam go w dupie. Wpakował mnie w jakieś gówno i nawet gdy będzie miał okazję ucieczki, nie weźmie mnie z sobą. Świetnie. To ja ucieknę pierwsza. I zostawię go tam na pastwę losu.
     W końcu zatrzymaliśmy się i nastała przerażająca cisza. W sumie to bałam się wziąć oddech, w obawie, że ktoś to usłyszy. To było głupie, bo nawet jeśliby usłyszeli, to co? Przecież wiedzą, że tu jestem.
     Drzwi furgonetki otworzyły się, a ja aż zamknęłam oczy, myśląc, że porazi mnie światło. Ale nie. Nie wiedziałam, czy była noc, czy po prostu zaparkowaliśmy w jakimś ciemnym garażu. W ogóle, ile jechaliśmy? Długo? Nie wiem, przez jaki okres czasu spałam, ale tuż po moim obudzeniu minuty i godziny zlały mi się w jedno, także… Ciężko mi to określić.
     – Wychodzimy – warknął jakiś dziad i wyszarpnął mnie za rękę.
   – Spokojnie, dziadku – warknęłam. – Jeszcze się przewrócisz, gdy będziesz mną tak szarpał.
     W odpowiedzi szarpnął mną mocniej i omal nie straciłam równowagi (i nie przewróciłam się na ryj). Malik parsknął śmiechem i nawet nie starał się ukryć szyderczego uśmieszku.
     – Zajebiście śmieszne – mruknęłam.
     – Cisza! – syknął jakiś drugi facet.
     Ogólnie było ich czterech. Dziad, który mną szarpał (i to on mnie uśpił tą nasączoną czymś szmatką), ten facet, który nas (mnie) uciszał i który nosił marynarkę. Wyglądał najbardziej elegancko z nich wszystkich. Dwoje pozostałych było łysymi bliźniakami z wielkimi barami, którzy trzymali Panterę.
     Jaka byłam zadowolona, gdy rozprostowałam nogi! Normalnie aż zaczęłam się szczerzyć, a facet w marynarce krzywo na mnie patrzył. Jakby nie odpowiadało mu to, że mam dobry humor, podczas gdy zostałam porwana. Zaczęłam się również rozglądać. Faktycznie, furgonetka została zaparkowana w jakimś garażu. Jestem świetna w zgadywaniu.
     Prowadzono nas gdzieś. Weszliśmy po schodach i trafiliśmy do jakiegoś szarego korytarza. Cały czas rozglądałam się uważnie, kodując w głowie wszystkie szczegóły. Nagle jeden z bliźniaków walnął Malika z pięści w brzuch i wycedził przez zęby:
     – Żadnego rozglądania.
     No jak on mógł być taki niedyskretny?
     Raptem ja również otrzymałam cios w brzuch.
     – Ciebie to się też tyczy.
     Ahaa…? Na razie mam dobry humor i nie jestem wściekła, ale chyba zaczyna podnosić mi się ciśnienie. A muszę zachować spokój. Nie chcę tu teraz wszczynać bójki. W sumie mogłabym wydostać się z uścisku dziada, który trzymał moje nadgarstki na moich plecach. Nie przykładał się do tego zadania. Ale co bym zrobiła dalej? Pobiegła z powrotem do garażu? To byłby po prostu zajebisty plan.
     Jako czternastolatka przechodziłam fazę zachwycania się ochroniarzami. Wszędzie łaziłam za tymi mojego ojca (moimi w sumie też byli). Jednego pamiętam od zawsze – Roberta (bardzo się lubimy) i to on zgodził się nauczyć mnie kilku chwytów. Zapoznał mnie z innymi ochroniarzami u mnie w domu w podziemiu (wiecie, jak tam jest zajebiście?! Mają salę treningową i przychodzą tam również ochroniarze z sąsiedztwa!). W każdym razie nieco umiem, ale tylko kilka podstawowych rzeczy. Myślę jednak, że teraz to ta nauka nie pójdzie na marne, jak twierdził ojciec, który nie patrzył pochlebnym okiem na moje treningi.
     Po kilku chwilach wepchnięto nas do jakiegoś pomieszczenia i z hukiem zamknięto metalowe drzwi. Zamknęli nas razem? Nie mieli dwóch cel? Dziad tak mocno mnie pchnął, że upadłam. Frajer jeden. Pantera normalnie stał, ale na mnie nie patrzył. I dobrze. Jeszcze mi tu brakuje jego ciemnego wzroku. Wyrzuciłam jednak te niedorzeczne myśli z głowy i rozejrzałam się po wnętrzu. Rany, to wszystko wyglądało jak typowa (tyle że jednoosobowa) cela. Jedno wysoko położone, zakratowane okienko; jedno łóżko z materacem, który wyglądał jak mocno spłaszczony koc, jakiś pusty regał i szafka. Nie było tu za dużo miejsca i w ogóle miałam wrażenie, że kiedyś była tu spiżarnia, ale wyrzucili kilka rzeczy i wstawili łóżko.
     Fajnie.
     Dobra. Dobra. Co mogę zrobić w tej sytuacji? Muszę ułożyć jakiś plan działania. Wstałam i zaczęłam krążyć po podłodze, Malik natomiast postanowił usiąść na łóżku.
     – Możesz przestać? – warknął po chwili.
     – Bo co? – odpowiedziałam mu takim samym tonem. Mój dobry humor chyba minął…
     – Myślę.
     – To coś nowego.
     Zayn zlustrował wzrokiem całą moją osobę, a na końcu zatrzymał spojrzenie na moich oczach.
     – Jesteśmy zamknięci w małej celi, a ty nadal nie wiesz, kiedy przyhamować – stwierdził z pogardą.
     – To jeszcze nie wiesz? – Spojrzałam na niego z politowaniem. – Ja nie mam hamulców.
     – Pamiętasz, jak kazałem ci ze mną nie zadzierać?
     – To było wtedy, gdy odpowiedziałam, że jak na razie to ty zadzierasz ze mną?
     Jego wzrok jest po prostu nie do podrobienia. Ten ciemny wzrok…
     – Ta dobra rada nadal obowiązuje.
     – Mówisz mi to, bo w małych przestrzeniach nie panujesz nad sobą i teraz istnieje większe prawdopodobieństwo, że mi coś zrobisz? – spytałam.
     – Może – uciął krótko.
     Pokiwałam lekko głową, coś typu „przyjęłam do wiadomości, ale ci nie wierzę”. Zaraz potem usiadłam pod ścianą i odchyliłam głowę do tyłu. Zamknęłam oczy. Nie wiem nawet, ile czasu siedziałam w tej pozycji, ale wydawało mi się, że bardzo długo.
     I nadal nie wiedziałam, co mogę zrobić.
     Brałam pod uwagę opcję, że gdy przyjdzie tu jeden z nich napadnę na niego z zaskoczenia i ucieknę, ale Malik mi tu nie pasuje. On wszystko psuje.
     Zerknęłam na niego ukradkiem. Leżał na łóżku. Oczywiście.
     – Zamień się miejscem – odparłam, a on prychnął.
     Nie ma w nim ani grama dżentelmena.
     Nagle głośno zaburczało mi w brzuchu.
     – Możesz być cicho? – mruknął Pantera, nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
     – Pierdol się – warknęłam i zmieniłam pozycję na jakąś wygodniejszą.
     Wtedy drzwi się otworzyły i wszedł jeden z bliźniaków. Niósł tacę z dwoma talerzami. Posłał nam krzywy uśmieszek i postawił jedzenie na ziemi.
     – Kolacja – oznajmił.
     – Sukinsyn – rzekłam do niego, by wiedział, iż kompletnie nim gardzę.
     – Jeszcze się okaże. – Zlustrował mnie ohydnym wzrokiem i wyszedł, zamykając drzwi.
     Ani ja, ani Malik nie ruszyliśmy się z miejsc, choć trochę mnie ciekawiło, co nam zaserwowali na „kolację”. Poszli w niedobre czy bardzo niedobre?
     Podniosłam się z miejsca ze stęknięciem i skierowałam się do tacy. Z dezaprobatą uniosłam jeden z talerzy i popatrzyłam na jego zwartość krytycznie.
     – I co? – zainteresował się Malik.
     – Owsianka. Dali nam pierdoloną owsiankę! – warknęłam. – Jezu, ja tu nie wytrzymam.
     Pantera nie skomentował tego w jakikolwiek sposób, wziął tylko swoją porcję i posmakował, po czym od razu wypluł ten kęs z powrotem.
     – Nie radzę jeść – oznajmił i odstawił niemal nietknięty talerz z powrotem na tacę.
   Jak to jednak ja, zawsze o wszystkim muszę się przekonać na własnej skórze, posmakowałam. Od razu uderzył we mnie odruch wymiotny i myślałam, że zwymiotuję. Wyplułam „owsiankę” (nie wiem, z czego ona została zrobiona…) i zmarnowana usiadłam z powrotem pod ścianą. Znów głośno zaburczało mi w brzuchu.
     – Niech to, kurwa, szlag – mruknęłam. Ale mnie ssało w żołądku. Zamknęłam oczy i starałam się nie myśleć o jedzeniu. – Nienawidzę cię, Malik. Musiałeś się pojawić?
     – Spierdalaj, to nie moja wina – obronił się natychmiast.
     – Sam powiedziałeś, że masz problemy z nieodpowiednimi ludźmi.
     – Ale to ja. Nie mam pojęcia, czemu ciebie też zabrali.
     – Powiedz mi. Wszystko. Zaczynając od tego, czemu jesteś w LA – zażądałam.
     Zayn prychnął, ale zanim zdążył wygłosić jakąś świetną, błyskotliwą odpowiedź, uprzedziłam go.
     – Jesteś mi to winien.
     – Pierdol się, Amber.
     – Przestań mnie nazywać Amber, dobra? – wypaliłam sfrustrowana. Nienawidzę tego imienia.
     – Weź się już zamknij, bo ta konwersacja do niczego nie prowadzi – rzekł znudzonym tonem.
     – No i zajebiście.
     – Zawsze musisz mieć ostatnie słowo?
     – Mieliśmy skończyć rozmawiać – przypomniałam mu.
     – Właśnie skończyliśmy – warknął, a ja czułam, że moja postawa zaczyna go irytować.
     – Też się cieszę.
     Spojrzałam na niego z ukosa i zaobserwowałam jego usta zaciskające się w wąską kreskę. Przeczesał palcami swe ciemne kudły i rozłożył się na łóżku.
     Położyłam się na twardej, zimnej podłodze i skrzywiłam się. To nie będzie wygodna noc.
     Ja tu oszaleję. Zero jedzenia, zero wygodnego miejsca do spania. Nie mam tu nawet wody. Za kilka dni totalnie zdziczeję, także powinnam się stąd wydostać odpowiednio wcześniej.
     Nawiedziła mnie jednak przerażająca myśl, że będę musiała połączyć siły z Malikiem, aby stąd uciec.
     Mam nadzieję, że uda mi się tego uniknąć.
__________________________________________

Ostatnio naszło mnie takie pytanie:
Czy jest tu ktoś stąd lub stąd? A może nawet ktoś pamięta to? ;o
Jeeej, to by było naprawdę śmieszne xD
W każdym razie kocham xoxo (a jeśli czytają tylko te dwie osoby, które skomentowały poprzedni rozdział - kocham Was potrójnie! ;>)

14 komentarzy:

  1. To jest po prostu cudowne
    Piszesz genialnie pięknie
    Ten rozdział to po prostu cudo
    Jej
    Gdyby chodziło o Zayna
    Porwali by tylko go
    Tu musi chodzić o nią
    Jestem tego prawie pewna
    Jestem strasznie ciekawa
    Czy uciekną
    I kiedy wszyscy dowiedzą się prawdy
    Czekam na kolejny
    Buziaki
    Powodzenia w pisaniu
    Mela

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, dziękuję za te miłe słowa! :)
      Idąc Twoją logiką - jeśli chodzi im tylko o Phoebe, to dlaczego porwali również Zayna? ;p I ta opcja, i ta mówiąca, że to z winy Zayna jest pozornie bez sensu... :)
      Dziękuję ślicznie za ten bardzo poprawiający humor komentarz! xx

      Usuń
  2. Ohohohoho ! xD No i ich porwali.. Phoebe + Zayn + jedno małe pomieszczenie= ... Ach te moje myśli xD.. No cóż rozdział świetny. Czekam na następny . xoxo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak, takie połączenie nie jest dobre... :P

      Usuń
  3. Super świetny!
    Kiedy następny? ^*^
    Pozdrawiam

    Zapraszam również do mnie:
    www.wojowniczaraisa.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. O rany ale zajebisty <3 coraz bardziej wciąga mnie to opowiadanie kto wie może kiedyś bd z tego dobra książka ;D
    +Oczywiście że pamiętam twoje wcześniejsze opowiadania i uważam że zarówno to jak i poprzednie są cuuuuudowne :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej nie będzie z tego "dobrej książki", jak to ujęłaś, bo to opowiadanie nie jest aż na tyle dobre ;p Uważam, że mój styl tu jest całkiem, całkiem, ale charakter Phoebe nie pozwala mi się do końca rozwinąć :)
      Ojej, pamiętasz? ;o Hahaha, tak naprawdę nie sądziłam, że ktoś będzie pamiętał ;o
      Pozdrawiam xoxo

      Usuń
    2. Oczywiście że pamiętam te opowiadania były jednymi z najlepszych jakie czytałam wgl to trochę było mi smutno jak napisałaś że nie skończysz trzeciego ale bardzo ucieszyło mnie to że zaczęłas pisać tego bloga jest naprawdę świetny :*

      Usuń
    3. To bardzo mi miło :)
      Tego bloga postaram się skończyć ;>

      Usuń
  5. Bardzo fajny rozdział! Dużo się w nim dzieje <3 jestem ciekawa dlaczego ich porwali i czy uda im sie uciec....
    No i oczywiście kiedy zacznie się coś dziać między phoebe a Malikiem!!!!!
    theeternalkids.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Opowiadania do których dałaś linki były świetne!Mega wciągające po raz pierwszy czytałam coś na komputerze do blisko 3 nad ranem.Jeszcze tylko zostało mi do przeczytania to pierwsze ;)

    OdpowiedzUsuń