piątek, 19 grudnia 2014

ROZDZIAŁ ÓSMY

Cytując prześwietny blog (na który oczywiście wpadajcie, bo warto) "Zacierając granicę między prawdą a fałszem." :
Smacznego! Możecie zostawić po sobie jakieś miłe okruszki! :)


     Obudziłam o czwartej nad ranem. Sama byłam zaskoczona. Obudziłam się i ani trochę nie chciało mi się spać. Bardzo dziwne.
     Wstałam i zmarszczyłam brwi, gdy poczułam, że chce mi się rysować. Obudziłam się w środku nocy, bo nagle zachciało mi się rysować? Nie no, kurwa, zajebiście. Założę się, że w ciągu dnia będę nieprzytomna. Ale skoro już nie śpię…
     Chwyciłam za zeszyt i ołówek, po czym zeszłam na dół do kuchni. Chciało mi się pić. Usiadłam przy stole i przy kakao otworzyłam notes, po czym zaczęłam rysować.
     Rysowałam.
     Rysowałam.
     I rysowałam…
     Nic nie mogło mnie oderwać.
     Postawiłam ostatnią kreskę, odłożyłam ołówek i porozciągałam trochę dłoń. Przeniosłam wzrok na okno i ze zdumieniem odkryłam, że już świeci słońce. WTF? Kiedy? Gdy spojrzałam na zegarek, moje brwi podjechały jeszcze wyżej na czoło. Dochodziła ósma. Jakim cudem? Aż tak bardzo się wczułam? Ostatni raz takie coś mi się zdarzyło… oj, dawno.
     Zerknęłam na swój rysunek i chyba to najbardziej mnie przeraziło. Ktoś mi musiał czegoś dosypać do kawy, którą nałogowo tu pijam. Nie widzę tu innego wyjaśnienia.
     Narysowałam Zayna. Całą jego postać. Palił papierosa i miał założony długi płaszcz. Jego włosy i właśnie ten płaszcz rozwiewał wiatr. Patrzył na mnie z kartki zupełnie jak prawdziwy Malik. Przerażające.
     Zamknęłam zeszyt i odetchnęłam głęboko.
     – Tu jesteś! – Podskoczyłam na niespodziewany głos małej paskudy. – Dzwonię do ciebie i dzwonię, a ty nie odbierałaś! Wściekła musiałam się do ciebie pofatygować, ale nie zastałam cię w pokoju! Co to ma być? Czemu nie śpisz?
     – Dajże spokój, dziecko – mruknęłam.
     – Jestem głodna – warknęła wredna małpa. – Gdzie moje śniadanie? Byłaś w kuchni i nie zrobiłaś–
     – Zamknij. Się. Nie rozumiesz po angielsku?
     – Czy mam zadzwonić do twojego ojca?
     Zazgrzytałam zębami. Mały, wredny potwór. Jakbym chciała tak złapać te jej kudły i pociągnąć z całej siły…
     – Już. Robię – wycedziłam przez zęby i zabrałam się do roboty. Dzisiaj postawiłam tylko na jogurt. Nie chciało mi się robić nawet płatków.
     – No ty chyba sobie żartujesz – prychnęło dziecko irytujące na widok swojego dzisiejszego śniadania.
     – Coś się nie podoba? Prosiłaś o śniadanie, śniadanie dostałaś. Nie ma problemu.
     Wycofałam się z kuchni i poszłam do siebie. Wzięłam prysznic, przebrałam się i z powrotem zeszłam na dół. Sprawdziłam, czy moje świetne lody się już zrobiły i stwierdziłam, że tak.
     – Zmarznięte na kość – mruknęłam.
     Nie smakowałam ich, oczywiście. To zadanie dla Pantery.
     Wyszczerzyłam się głupio, wyobrażając sobie jego minę po zjedzeniu lodów. Mam nadzieję, że będzie rzygać.
     Kiedy Malik pojawił się w kuchni, natychmiast poinformowałam go o tym zdarzeniu.
     – Dawaj – rzucił tylko.
     Odkroiłam mu więc kawałek i położyłam na talerzu. Dołożyłam łyżeczkę, ale nie byłam pewna, czy nią cokolwiek się zdziała. Podłożyłam czarnowłosemu pod nos to pyszne danie i próbowałam stłumić uśmiech. Zayn przyglądał mi się przenikliwie.
     – Może ty zjesz pierwsza – zaproponował.
     – Nie, nie. Goście mają pierwszeństwo – uśmiechnęłam się słodko.
     – Ale jeśli coś dosypałaś… – zawiesił głos. – Zemszczę się.                                                               – Na kim będziesz się mścił, Zayn? – Louis oczywiście usłyszał tylko końcówkę wypowiedzi.
     – Na Phoebe, jeśli dosypała coś do lodów.
     – Na twoim miejscu modliłbym się, by Zayn wyszedł z tego cało. – Tomlinson poklepał mnie po ramieniu. – Jego zemsty bywają… zabójcze.
     Z niewiadomego powodu dreszcz przeszedł mi po plecach na dźwięk tego słowa… „zabójcze”…
     Pantera jakimś cudem nałożył trochę lodów na łyżeczkę i włożył ją do ust. Pożuł, przełknął, nic nie mówił. Wziął do ust następną. Nagle znieruchomiał i spojrzał na mnie ostro, po czym wybiegł z kuchni, a ja zaraz za nim. Malik zamknął się w kiblu i słyszałam, jak wymiotuje. Zaczęłam się śmiać.
     – Lepiej uciekaj, Phoebe – poradził mi Tomlinson, gdy wróciłam do kuchni i znów uśmiechał się TYM uśmiechem.
     Nie miałam zamiaru uciekać.
     – Hej, Nicole, chcesz trochę lodów?! – krzyknęłam, zwabiając ją do kuchni.
     A ona dała się nabrać! Też pobiegła do łazienki, a ja myślałam, że spadnę z krzesła ze śmiechu.
     – Co…? Czemu Nicole tak szybko biegła? – Do pomieszczenia wszedł Niall.
     – Może trochę lodów na dobry początek dnia? – spytałam, zamiast odpowiedzieć na jego pytanie.
     Blondyn spojrzał na mnie, a potem wzruszył ramionami i wziął się za jedzenie. Stało się z nim oczywiście to samo co z małą paskudą i Panterą.
     Zerknęłam na Louisa. Był równie rozbawiony co ja, więc chyba mi nie przerwie mojej zabawy. Ciekawe, kto następny będzie moją ofiarą?
     Styles wleciał do kuchni jak huragan i od razu otworzył lodówkę.
     – Co mamy do żarcia?
    – Lody – odpowiedziałam błyskawiczne. – Dzisiaj nam przywieźli. Już jadłam, są naprawdę pyszne.
     Oj, Harry był naprawdę nieufny wobec mnie. Być może jeszcze rozpamiętywał ten wczorajszy pocałunek, ale po co to roztrząsać? Co się stało, to się nie odstanie.
     – Louis, też jadłeś? – Musiał się upewnić. Musiał.           
     Chwila prawdy… Co odpowie Tomlinson…
     – Są zajebiste.
     Tak! Tak!
     Styles już pewniej zabrał się za jedzenie, ale jakie było jego rozczarowanie, gdy poczuł ten gorzki smak kłamstwa (i nie tylko, hi hi).
     Segovia kazała mi spieprzać. Ok, nic na siłę (kobieta znowu była pijana, przechodziła już prawie do rękoczynów, gdy chciałam wcisnąć w nią lody i po za tym, ona chyba mnie nie lubi; pewnie ma mi za złe to, że przyłapałam ją na seksie z kędzierzawym)
     A Liam wśliznął się niepostrzeżony, gdy ja negocjowałam z Becky i nie dał się nabrać. Ale cóż, ważne, że załatwiłam Panterę, Stylesa i małą paskudę. Nialla w sumie nie jest mi szkoda. Myślałam, że mogłabym go polubić, alee… nie. Tak bardzo podobny do Andy’ego różni się jednak od niego zbyt ważnymi rzeczami. Działałoby mi to na nerwy.
     – Zdajesz sobie sprawę, że oni cię zabiją? – Przypomniał mi Louis. Louis… Znowu on!
     – Nie musisz tego tyle razy powtarzać, spokojnie.
     – Jak sobie chcesz. – Wzruszył ramionami.
     Pierwsza przyszła wredna małpa. Kiedy mnie zobaczyła, normalnie oszalała. Rzuciła się na mnie z pięściami, a pod siłą jej rozbiegu, upadłam na ziemię. Ciągnęła mnie za włosy i gryzła. Z lekkim trudem ją unieruchomiłam, a ona nadal wierzgała jak dzika. Jeej. Może w tych lodach coś było?
     – Przyznać się, kto jeszcze majstrował przy lodach?! – wykrzyknęłam.
     Becky i Liama już nie było w kuchni, dlatego krzyczałam. Nie uzyskałam jednak odpowiedzi.
     Drugi pojawił się Pantera i wyglądał jak wrak. Nie przesadzam, realnie oceniłam tę sytuację. Włosy miał w jeszcze bardziej mocniejszym nieładzie niż na co dzień i ogólnie nie wyglądał… za dobrze. Od razu kiedy przestąpił próg, nie spuszczał ze mnie oczu. To było bardziej przerażające niż zazwyczaj… Ten jego ciemny wzrok wywoływał u mnie mnóstwo niechcianych dreszczy.
     Harry i Niall przybyli razem.
     – Oj, Chambers… – westchnął Malik nagle. – Nie wiesz, kiedy przestać, prawda?
     Anderson wyrwała mi się i dołączyła do swoich wymiocinowych kolegów.
     Z trudem starałam się utrzymać powagę, bo śmiech tylko bardziej by ich rozjuszył.
     – Co robimy? – spytał Styles.
     – Niech poczuje się tak jak my – zarządziło dziecko irytujące.
     Wszyscy jak jeden mąż rzucili się na mnie, ale ja zaczęłam uciekać. Byłam pewna, że by mi się udało, tyle że… Tomlinson. Podstawił mi nogę.
     – Louis? I ty przeciwko mnie? – spytałam z oburzeniem.
     – A kto powiedział, że jestem z tobą? – rzekł z rozbawieniem.
     Oddałam się więc na łaskę lub niełaskę tej czwórce idiotów. Szczerze mówiąc, mogłam im uciec, gdybym naprawdę tego chciała, ale… naprawdę chcę posmakować te lody, a z tego co zrozumiałam, oni mi je podadzą. Nie miejcie mnie za wariatkę. Gdyby nie oni i tak zjadłabym trochę tych lodów.
     Wcisnęli mi je do ust na siłę i puścili mnie. O kurwa. One były gorsze niż się spodziewałam. Tak jak oni wcześniej pobiegłam do łazienki i zwróciłam te lody i sama nie wiem, czy coś jeszcze.
     Smakowały trochę jak… czy ja wiem? Posmak prawdziwych lodów miały, ale… chyba przez przypadek dodałam tam majonezu… albo czegoś słonego… W każdym razie bleee.
     Po kilku minutach wyszłam z toalety. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to to, że Pantera wyglądał już jak człowiek.
     – I co? Jak się teraz czujesz, panienko Phoebe? – zapytała Nicole jadowicie. Chyba ją dotknęło to, że poczęstowałam ją takim ohydztwem.
     – Zawsze mogło być gorzej – wyszczerzyłam się. Ja tam tego tak nie przeżywałam jak oni.
     – Dzwonię wiesz gdzie. – Dziecko irytujące tupnęło nogą i założyło ręce na piersi.
     – Co? Niby z jakiej racji? Przecież się ciebie słucham! Spełniam wszystkie twoje pieprzone zachcianki! – warknęłam, kopiąc kanapę.
     – Ale nie traktujesz mnie dobrze!
     Wzięła słuchawkę i zadzwoniła. Naprawdę zadzwoniła. Wyszła do innego pomieszczenia, żeby pogadać, ale usłyszałam w przelocie nazwisko „Chamberlain”. Mała paskuda, wyrwę kiedyś te jej wszystkie blond kudły z głowy.
     Zazgrzytałam zębami.
     – Gdzie ona dzwoni? – zainteresował się Niall.
     – Nie twój pieprzony interes – wycedziłam przez zęby.
     Po kilku chwilach przekazała mi słuchawkę. Wyszłam na taras i wzięłam głęboki oddech. Liczenie. Liczenie uspokaja.
     – Tak? – zaczęłam spokojnie.
     Założę się, że znowu zejdzie na temat, o którym nie chcę już rozmawiać.
     – Phoebe. Co ty znowu wyprawiasz, dziecko drogie?
     Zamknęłam oczy.
     Ależ nic takiego.
     – Nakarmiłaś to biedne dziecko lodami z musztardą? Czy ty dobrze się czujesz?
     Faktycznie, to mogła być musztarda.
     – To nie było specjalnie.
     – Ach tak? Dlaczego znów kłamiesz? Nie możesz być jak inne córki? Chociaż trochę posłuszna? Prosiłem cię tylko o jedną rzecz. A ty nawet do tego nie umiesz się przystosować.
     – No i co z tego?! – Wybuchłam. Oczywiście. – A ty przystosowałeś się do moich próśb?! Ależ nie, oczywiście, że nie! Bo tylko ja mam być tu sprawiedliwa, w drugą stronę to się nie liczy! Jak myślisz, z kogo biorę przykład?!
     – Nie unoś się, Phoebe. Uspokój się.
     – Zawsze mnie tylko uspakajasz, pouczasz i te inne pierdolone gówna! Tak, przeklęłam, pogódź się z tym! Zamiast mnie zaakceptować to… Próbujesz mnie zmienić na siłę, zdajesz sobie z tego sprawę? A może ja nie chcę się zmieniać!
     – I właśnie tu leży problem…
     – Problem! – prychnęłam. – Wszędzie widzisz te swoje problemy.
     – Tak to rozmawiać nie będziemy.
     – To nie! Ja nie muszę z tobą rozmawiać!
     Rozłączyłam się i akurat wtedy z nieba lunął deszcz. Spojrzałam w górę, wprost na ciemne chmury. A z samego rana tak pięknie świeciło słońce.
     Przemoczona wróciłam do środka. Rzuciłam w małą paskudę słuchawką.
     – Mała zołza. Mała, pierdolona zołza – warknęłam. – Proszę bardzo, dzwoń do niego i powiedz, jaka to jestem niemiła. Mam to w dupie. Jego zdanie gówno mnie obchodzi.
     Wycisnęłam wodę z włosów wprost na podłogę w salonie. Zrobiła się piękna kałuża.
     – A teraz proszę, macie tu robotę! – warknęłam i wskazałam na kałużę.
     Odwróciłam się na pięcie i głośno tupiąc, wbiegłam po schodach. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam drzeć się w poduszkę. Długo. Naprawdę długo. Potem dopiero przebrałam się i zadzwoniłam do Andy’ego. Wyżaliłam mu wszystko, co mi leży na sercu.
     Kiedy byłam w trakcie zdawania mu relacji, usłyszałam w tle damski śmiech. Dotychczas było cicho, dlatego mnie to zastanowiło.
     – Hej, czy ja usłyszałam dziewczęcy śmiech? – spytałam.
     – Nie. To coś z radia.
     – Andy… Nie umiesz kłamać nawet przez telefon. Co się dzieje?
     – Muszę już kończyć.
     – Andy!
     Usłyszałam jednak tylko dźwięk kończący połączenie. Z niedowierzaniem spojrzałam na tę starą cegłę w mojej dłoni. Coś było na rzeczy, a on po prostu… po prostu się rozłączył! Andy! Mój Andy!
     – Kolejny sukinsyn – mruknęłam pod nosem. – Wszyscy faceci to sukinsyni.
     Trochę mnie zabolało, że Andy coś ukrywa… Byłam też potwornie zazdrosna.
     Nagle ogarnęło mnie takie przerażenie, że aż zakręciło mi się głowie.
  A jeśli Andy… Jeśli Andy znalazł sobie nowych przyjaciół? Jest zabawny, miły, sympatyczny… Albo znalazł sobie dziewczynę? O mój Boże… Nie zrobiłby tego, prawda? Ale jeśli? Jeśli tak naprawdę wcale tak bardzo mnie nie lubił, jak mnie zapewniał? Zostanę sama. Ja… nie mam tak naprawdę nikogo poza nim. On był moją ostają. Moim przyjacielem. Wie o mnie wszystko. I kiedy mówię wszystko, mam naprawdę wszystko na myśli.
     Zaczęłam obgryzać paznokcie i wygodniej rozłożyłam się na łóżku.
     Przestań. O. Tym. Myśleć. Przestań.
     Lekko podskoczyłam na dźwięk dzwonka. Spojrzałam zdziwiona na moją komórkę, ale jej ekran pozostawał ciemny. Wtedy do mnie dotarło, że to ten telefon od małej paskudy. Z wielką niechęcią go odebrałam.
     – Mamy gości – powiadomiła mnie i zdawało mi się, że próbuje ukryć radość. – Zejdź na dół.
     Już lecę, oczywiście.
     Poprawiłam włosy w lusterku i z grymasem na twarzy wyszłam z pokoju. Skierowałam się do salonu, gdyż stamtąd dochodziły jakieś głosy i śmiechy. W progu pomieszczenia stanęłam jak wmurowana w ziemię. Już wiedziałam, co to za gość. Stał do mnie tyłem, ale jego nie mogłabym pomylić.
     – Phoebe przyszła! – zawołała nagle wredna małpa, a on się odwrócił.
     – Siostra! – Pieprzony Ryan rozłożył ramiona i uśmiechnął się sztucznie.
     – I po jaką cholerę ta cała szopka? – warknęłam. – Co ty tu robisz?
     Oczywiście, ojciec przysłał go zapewne po to, by jeszcze bardziej mnie wkurwiać. Jednym z nielicznych plusów przyjazdu tutaj było nie oglądanie jego paskudnej mordy, ale nie, najlepiej odebrać mi nawet tak liche szczęście. Zajebiście.
     – Siostra? To twój brat? – spytał zdziwiony Niall.
     Ugryzłam się w język. Ja pierdole. Kłamstwo za kłamstwem, a wystarczy jedno słowo, by wszystko spieprzyć.
     – Przyrodni – odpowiedziałam z jawną pogardą. – To długa historia. Nie pytajcie.
     Tak naprawdę Ryan jeszcze nie był moim bratem, ale oni przecież nie muszą o tym wiedzieć.
     – Taa, nie pytajcie – potwierdził pierdolony brat przyrodni. – Ojciec mnie tu przysłał. Z jakiej racji ty masz pławić się w słonecznym LA, a ja nie? Matka więc namówiła ojca i oto jestem.
     Skłonił się w moją stronę, chichocząc pod nosem.
     Suka Martina. Nie trawię tej kobiety. Nie mam pojęcia, dlaczego ojciec jest z nią zaręczony i na serio planuje wziąć z nią ślub. Ja z nią zwariuję pod jednym dachem.
     – To są chyba jakieś pieprzone żarty – stwierdziłam i westchnęłam krótko.
   – No chyba mi nie powiesz, że się za mną nie stęskniłaś? – zapytał, cały czas się uśmiechając. Ale był zadowolony z tego, że niszczy mi resztki radości.
     – Pierdol się, chuju pierdolony – wyplułam z siebie te słowa i pokazałam mu środkowy palec, po czym wyszłam stamtąd.
     Wiecie, że oni naprawdę posprzątali moją kałużę? Hi hi.
     Skierowałam się do kuchni.
     – Jeśli Phoebe dotychczas okazywała któremukolwiek z was brak szacunku to był dopiero wstęp – rzekł Ryan, a ja się zatrzymałam za ścianą, by posłuchać, co ma do powodzenia. – Popatrzycie sobie, jaka jest w stosunku do mnie i dopiero to można nazwać szczerą pogardą dla drugiego człowieka.
     Może i tak. Faktycznie, chyba dla brata przyrodniego jestem bardziej bezwzględna niż dla innych, ale to chyba dlatego że wyżywam się na nim za niego i jego głupią matkę. Martina jest dla mnie nietykalna, niestety. Jasne, mogę jej coś tam czasem nagadać, ale nie mogę jej uderzyć, ani nic. Ojciec chyba wysłałby mnie do wojska o zaostrzonym rygorze albo i jeszcze gorzej.
     Znów zrobiłam sobie kawę. Deszcz mocno obijał się o okno, co mnie jeszcze bardziej dołowało. Potrzebowałam kawy. Stanowczo.
     – No proszę. Nie spodziewałbym się, że możesz mieć brata. – O futrynę oparł się Pantera. – Taka egoistka pasuje bardziej na jedynaczkę.
     Jakie komplementy ja tu słyszę.
     – Nie wściekasz się już o te lody? – spytałam i zachichotałam.
     Zalałam wodą kubek i odstawiłam czajnik.
     – Ty naprawdę igrasz z losem, Chambers, i to bardzo – rzekł z udawanym teatralnym westchnięciem.
     Jego ciemne spojrzenie wędrowało po całym moim ciele. Czułam, jak powietrze między nami zaczyna coraz bardziej iskrzyć. Jeszcze chwila i wszystko wybuchnie, a ja nie jestem pewna, co się wtedy z nami stanie. Ze mną i z nim. Podejrzewam, że to widać, iż on mnie pociąga. Tak cholernie pociąga i tak cholernie mnie to wkurwia. Przełknęłam ślinę i zaczęłam słodzić napój, przez co musiałam stanąć do niego tyłem. Chwyciłam łyżeczkę w dłoń i wolno mieszałam kawę. Podniosłam kubek i podmuchałam do środka. Wtedy wyczułam za sobą czyjąś obecność, a po chwili czyjeś (taaa… czyjeś…) ręce znalazły się na mojej talii i sunęły raz w górę, raz w dół, dotykając lekko przy okazji moich piersi. Poczułam na karku czyjś (taaa… czyjś… jakoś nie mogę się zebrać i wypowiedzieć – nawet w myślach – kto jest sprawcą wszystkich tych czynności) oddech, a kilka sekund później czyjeś usta w tym samym miejscu. Nagle KTOŚ gwałtownie złapał mnie za cycki i ścisnął, a ja kompletnie się tego nie spodziewałam i upuściłam kubek z kawą, który zbił się w zetknięciu z podłogą, a napój rozlał się wszędzie. Odsunęłam się od, yhym… Malika i odwróciłam w jego stronę, patrząc mu prosto w oczy. Na jego ustach błąkał się tajemniczy uśmiech, który niesamowicie działał mi na nerwy.
     – Co tu się wyrabia? – Do kuchni przyszła mała paskuda i już gadała tym swoim przemądrzałym tonem.
     – Amber rozlała kawę – wyjaśnił Pantera, ale nie odrywał ode mnie wzroku.
     – Taa – potwierdziłam.
     To ja pierwsza odwróciłam wzrok. Nie mogłam wytrzymać tego jego ciemnego, hipnotycznego spojrzenia.
     – No co tak stoisz? – burknęła Nicole i szturchnęła mnie ramieniem. – Posprzątaj.
    – Posprzątam, bo sama tak chcę – dorzuciłam swoje pięć groszy i zaczęłam szukać szmatki. 
     – Jesteś niemożliwa – mruknęła mała paskuda i razem z Panterą wyszli z pomieszczenia, a ja uklęknęłam i wycierałam podłogę… Dobrze, że suka Tower mnie teraz nie widzi…

____________________________

U góry możecie znaleźć zakładkę 'Soundtrack', gdzie zestawiłam ze sobą piosenki pasujące do tego opowiadania (moim zdaniem) :) A jeśli macie również jakieś propozycje, piszcie w komentarzach, zobaczę, czy mi będą pasować xd
Zmieniłam również lekko wygląd bloga, nie jest ładny, bo sama go robiłam, ale na razie może być. Nadal jednak szukam kogoś, kto mógłby mi zrobić szablon :)
I jeśli macie jakieś pytania: ASK
Do napisania,
pozdrawiam,
Meredith xoxo

7 komentarzy:

  1. No noo
    Te lody były genialne
    Ciekawe o co chodzi z Andy'em
    Czekam na next
    Ściskam Mela

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne! Czekam na kolejny i nie mogę się doczekać! Jestem ciekawa o co chodzi z tą całą sytuacją z Andym czy jak to się tam odmienia.... Czekam też na kolejne fragmenty z Phoebe i "panterą"
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepraszam, że nie komentowałam, ale moje życie ...
    Co do rozdziału.
    Jak ona mogła namalować Zayna?! WTF!?
    A z tymi lodami było mega.
    Rozdział podobał mi się.
    Sorrki, za krótki komentarz, ale nie mam humoru.

    Ps. U mnie nowy rodział :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Dopiero co trafiłem na twój blog i muszę powiedzieć, że opko masz świetne. Widziałem, że lubisz AF. Widziałaś już wikię?

    OdpowiedzUsuń
  5. zajebiste <3 next! zostaję tu na dłużej ;*

    OdpowiedzUsuń
  6. Zostałaś nominowana do Libster Awards :)
    xxonedirectionismylifexx.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń